Edyta Niewińska, która w Andaluzji prowadzi swoje wymarzone (nie)idealne życie, jest pisarką i zgodziła się napisać dla mnie kilka słów o tym, jak się jej żyje w tym regionie Hiszpanii. Przeczytaj jej opowieść, która brzmi jak sielanka, ale tak naprawdę… Przecież tak niewiele do tej sielanki nam potrzeba!

 

 

W moim nieidealnym życiu psuje się samochód. Eksploduje wąż ogrodowy w trakcie podlewania ogórków, zraszając mnie obficie wodą. Zatykają się rury kanalizacyjne i pralka zalewa kuchnię. Czasem to wszystko zdarza się w ciągu jednego tygodnia. Ale esencją mojego życia nie są frustracje. Jego esencją są relacje i dążenie do równowagi. Jak każdy, marzyłam kiedyś o życiu idealnym. I długo szukałam na nie pomysłu oraz możliwości realizacji tego marzenia. Cztery i pół roku temu wyjechałam na wakacje do Andaluzji. Impuls sprawił, że postanowiłam tu zostać. Ułożyłam wszystko po swojemu, w życie nieidealne. Odpuściłam pogoń za doskonałym, ale nieistniejącym bytem. Dokonałam pewnych wyborów, które sprawiły, że odnalazłam swoją równowagę, a marzenie stało się rzeczywistością. I będę przy tym obstawać – warto marzyć i spełniać marzenia. Bo w końcu świat ma nam do zaoferowania tyle, po ile sami potrafimy sięgnąć.

 

***

 

Nie wiem, jak to się dzieje, ale budzę się dokładnie o ósmej. Z rzadka kilka minut przed lub po. Kiedyś lubiłam sobie pospać. Teraz wstaję jak precyzyjnie dostrojony zegarek. W Andaluzji poranek jest w południe – na kawę umawiam się zazwyczaj ze znajomymi z rana, czyli o 12.00. Wygląda więc na to, że zaczynam swój dzień w nocy.

 

Wstawiam wodę na zieloną herbatę i karmię moją kotkę gościnną. Przyglądając się jej entuzjazmowi, a później parząc herbatę, delikatnie porzucam ostatnie warstwy snu. Z parującym kubkiem zasiadam na tarasie, żeby przejrzeć maile i poranne wiadomości. Później otwieram plik z książką i zabieram się do pisania.

 

Pisanie i rzeczywistość nie idą w parze. Kot nakarmiony, ja zaś zapomniałam o nakarmieniu własnego ciała. Karmię za to duszę, zachłannego artystę w sobie. Pochłonięta nowym, nieistniejącym jeszcze światem, tworzę go, kształtując jak plastelinę w dłoniach. Tworzenie wciąga niesamowicie. Zachwyca i frustruje. Fascynuje tak bardzo, że zapominam o świecie wokół, tym realnym, dostępnym pod ręką. Już nie jest mi potrzebny.

 

A jednak rzeczywistość przypomina o sobie. Najpierw na szybko i czymś lekkim zaspokajam głód. Później wyciągam matę do jogi. Bez codziennych ćwiczeń mój kręgosłup już dawno wymierzyłby mi srogą karę za godziny spędzone przy komputerze. To też jest realny świat i codzienność pisarki.

 

Taki idealny poranek, wbrew pozorom, często mi się udaje. Czasami myślę sobie, że za dwadzieścia lat będę wstawać o szóstej rano. Ludzie starsi mają ten zwyczaj. Dwie dodatkowe godziny porannego pisania? Bardzo chętnie, poproszę!

 

Mieszkanie na andaluzyjskiej wsi, na obrzeżach parku krajobrazowego, ma swoje zalety. Mam z okna widok na las piniowy. Z domu pięć kilometrów do plaży. Prawie nie widuję sąsiadów. Cisza, spokój, śpiew ptaków. Rżenie konia, czasem nawet osła. Rzeczywistość jakby nierealna, a jednak prawdziwa.

 życie w Hiszpanii slow life

Realny jest tymczasem fakt, że we wsi nie ma sklepu ani pitnej wody w kranie. Okazuje się to dla mnie zbawienne, bo mimo, że cenię sobie spokój, potrzebuję też kontaktu z cywilizacją. Żeby jednak to osiągnąć, trzeba być posiadaczem samochodu. A jeśli się nie jest, albo samochód się zepsuł… cóż, pozostaje skuter albo zmotoryzowany narzeczony. Życie na wsi zmusza do samodzielności i niezależności. Nikt za mnie nie załatwi sprawunków. Żeby przeżyć, muszę być dobrze zorganizowana logistycznie.

 

Po pracowitym poranku zdarza mi się wybrać do Barbate, słynnego z połowu najlepszych na świecie tuńczyków. Czasem, przejeżdżając koło portu, widzę, jak spoceni mężczyźni z pomocą dźwigów rozładowują kuter z dwustukilowymi olbrzymami. Najczęściej jednak widuję je na stoiskach mercado. Mercado czyli rynek jest dla mnie nieustannie źródłem radości i refleksji. Ponieważ pochodzę z małego miasta na Podlasiu, gdzie chodzenie „na rynek” było rytuałem, z rozkoszą oddaję się mu i tutaj. Oczywiście na mercado mam swoich ulubieńców.

 

Juan junior uśmiecha się do mnie, pozdrawiając skinieniem głowy. Kupuję u niego ryby, nazywam go moim rybnym dilerem. Juan senior pozdrawia, wyglądając z zaplecza. Trzeci z Juanów, czyli junior dwa, stoi za moimi plecami i pali papierosa. Kiedy jest ruch, senior i junior dwa uwijają się na tyłach stoiska, patrosząc ryby. W spokojne dni mają czas, by wyskoczyć do baru na kawę lub kieliszek sherry. Kiedy zjawiłam się u nich po raz pierwszy, miałam ogromną chęć na doradę. Palcem pokazałam wybraną przeze mnie rybę, a wtedy obsługujący mnie Juan powiedział „Mam dzisiaj świetną barrigę”. Uwielbiam takie momenty niemego porozumienia. Nie pytając o powód, wzięłam barrigę. Chciałam też kupić acedias, ale Juan zamiast tego zważył mi bacaladillas. Bynajmniej nie z powodu nieporozumienia językowego. Była w tym ukryta jakaś logika, której nie rozumiałam, ale jej zaufałam. Choć tego dnia odeszłam z moimi rybami nieco pokonana.

 

Zasiadłam w barze przy mercado i poprosiłam o acedias. German, właściciel baru, pokręcił głową. Przyniosę małże, powiedział. Tego już było trochę za dużo. Dlaczego?!? zapytałam zdezorientowana. Bo acedias dzisiaj nie są dobre, odpowiedział German, uśmiechnął się szczerze i poszedł. Przynosząc mi małże, zaserwował po drodze jakiejś parze przy stoliku obok porcję acedias. Patrzyłam na to w osłupieniu. Jakże ich nie kochać? pomyślałam. Nie znam Juana ani Germana. Może widzieli mnie już wcześniej – w końcu obecności słowiańskiej blondynki tutaj nie da się nie zauważyć. Obaj pojęli dziś swoje decyzje – nie dostanę ryby, która jest niedobra. Dostaję za to porcję andaluzyjskiej serdeczności. I niezbywalną prawdę ludzi tej ziemi, którzy, jeśli okażesz im szacunek i zaufanie, będą o ciebie dbali.

 

Mijają już cztery lata, odkąd kupuję ryby u Juana i zajadam tapasy u Germana. To miłość ze wzajemnością. Z czasem dołączył do nich mój trzeci ulubieniec, Fernando. Najweselszy człowiek na świecie. Sprzedaż to dla niego przyjemność. Zna wszystkie swoje klientki po imieniu. I choć mojego za nic nie potrafi zapamiętać, dorzuca zawsze do moich zakupów kilka owoców jako dowód wdzięczności. Pożartuje, zamiast dwóch awokado, zważy trzy. Czasem wymieni ze mną uprzejmości w barze, chwytając nerwowo szklankę z gorącą kawą w dwa palce.

 

Wizytę na mercado ja również kończę kawą wypitą w barze przy plaza de mercado. Po kawie jeszcze oliwki, tapas i kieliszek sherry. Oglądam świat, skupiony tutaj jak w soczewce. Gwar rozmów przy stoliku obok zastępuje mi muzykę. Ludzie przechodzący koło baru to lepszy widok, niż program w telewizji. Zaciągam się światem jak dymem z papierosa. Mimo, że jest to świat małego, portowego miasta. Dla mnie jednak jest tak bardzo prawdziwy. Historia każdego, mijającego mnie człowieka, nabiera znaczenia. Każda z nich niesie ból, radość, rozczarowanie, codzienne małe sukcesy. I choć nie znam ich życiorysów, to jednak zna je moje serce. Bo wszyscy mamy te same dylematy, te same pragnienia i identyczne marzenia. Czasem inaczej dążymy do ich realizacji. Czasem inaczej ustawiamy życiowe priorytety. Ale tak naprawdę śnimy te same sny.

 

W drodze powrotnej zatrzymuję się jeszcze na szybko w supermarkecie. Potrzebuję kilkunastu litrów wody pitnej i wina. Potem już tylko dziesięć kilometrów jazdy przez pachnący sosnami piniowymi las i jestem w domu. Szykuję szybki lunch, zaraz po nim udaję się na godzinną siestę. Czterdziestostopniowy upał nie sprzyja pracy, najlepiej go przespać. Nauczyłam się tego w Andaluzji. Wiem, że po południu, z nowym zapasem sił, mogę jeszcze wiele zrobić.

 

Zregenerowana po sieście, siadam ponownie do komputera. Przygotowuję materiały szkoleniowe, grafiki i video. Spotykam się z moimi autorami, z którymi pracujemy nad właśnie powstającymi książkami. To cudowne, że będąc w andaluzyjskim lesie, mogę jednocześnie pracować z ludźmi mieszkającymi w Niemczech, Austrii, Kambodży czy Arizonie. Świat jest taki wielki i tak mały zarazem.

 

Kiedy upał wreszcie trochę zelżeje, wybieram się na plażę. Godzinny relaks przy dźwięku fal oceanu i dobrej książce jest zbawieniem dla umysłu, zmęczonego dniem i pracą. Myśli stają się klarowne, czasem udaje mi się zapisać wtedy dobry pomysł do nowej książki. To jest ten moment tylko dla mnie, kiedy odpoczywam całą sobą. Zostaję tak długo, aż wieczorna, chłodna bryza przypomina o kolacji. Zdarza mi się zajść do którejś z lokalnych, choć turystycznych, restauracji, by posilić się czymś na szybko. Czasami jednak wybieram się do Vejer, do miasta na dwustumetrowej górze, w którym mieszkałam przez pierwsze trzy lata mojego pobytu w Hiszpanii.

 Vejer Andaluzja piękne miasteczko widok

Wizyta w Vejer to dla mnie cały rytuał. Uwielbiam to miasto, zostawiłam w nim kawałek serca. I choć ostatecznie wybrałam bliskość przyrody (to oczywisty powrót do marzeń z dzieciństwa, kiedy postanowiłam w dorosłym życiu zamieszkać w domu pod lasem, na skraju jeziora – las jest, ale piniowy, a zamiast jeziora mam ocean), to z wielką radością wracam do pueblo blanco.

 

Wizytę zaczynam w La Oficina, która gra ogromną rolę w mojej ostatniej powieści „Levante”. Candido, właściciel tej najlepszej w mieście restauracji, wita mnie przyjaźnie. Niebawem widzimy się w Paryżu, amiga! mówi do mnie w uściskach. Nie, żebyśmy wybierali się na podbój francuskiego świata. W ten sposób Candido docenia moją pracę, podpatrując mnie w internetach i social mediach, choć nie zna polskiego. A Paryż, mityczny Montmartre, to przecież mekka i spełnienie artystów. Oboje na nie zasługujemy. Wspaniałe, wielkiego formatu obrazy, malowane przez Candido, zajmują każdy kawałek ściany restauracji. Wychodzą też na ulicę, jakby same mogły decydować o tym, gdzie jest ich miejsce. Tak, tutaj można nie tylko dobrze zjeść, ale też kupić cząstkę andaluzyjskiego uroku i zabrać ją ze sobą do domu. Candido oczywiście gotuje też jak najlepszej klasy artysta. Jest znakomitym szefem kuchni, więc moje ciało i dusza zostają nakarmione. Zanim się rozstaniemy, musimy odbyć cały rytuał obcałowań i uścisków, tak ważny dla mieszkańców Costa de La Luz.

 hiszpański bar, hiszpańskie życie, mieszkanie w Andaluzji Hiszpanii

Najedzona, wyruszam wąskimi uliczkami białego miasta na Plaza España, gdzie skupia się nocne życie mieszkańców. Zmierzam do baru La Piccolina, w którym króluje dwójka moich serdecznych przyjaciół. Wybieram deser, bo mój sąsiad Andrea jest mistrzem słodkości. I kieliszek brandy, z którego, obok sherry, słynie ten region. Nigdzie indziej brandy tak dobrze nie smakuje, jak tutaj – w świetle latarni, na placu owianym słynnym wiatrem levante, który jest dla mnie nieustającą inspiracją. Nasycam się wieczornym gwarem rozmów przy stolikach. Staję na zewnątrz, oparta o framugę drzwi, chłonąc energię ludzi i miasta. Spoglądam na majestatyczne mury zamku. Wymieniam uściski i uprzejmości ze znajomymi, którzy też przyszli na ostatni tego dnia kieliszek wina. Celebrujemy życie. Nadajemy mu znaczenie, swoją obecnością i wiarą w to, że łączy nas coś więcej, niż ulotna znajomość. Z placu obok płyną dźwięki muzyki. Dwójka młodych ludzi szczodrze dzieli się ze światem swoim talentem. Przechodząc obok, wrzucam monetę do kapelusza. Żegnając się z przyjacielem, tańczymy przez chwilę w rytm nostalgicznej ballady. Zebrani wokół turyści patrzą na nas, uśmiechając się. Też chcieliby tak lekko żyć. Na nich w domu czekają rachunki, samochody do naprawienia i rury do przetkania. Na mnie też. Ale życie jest tu i teraz. W rytmie muzyki, w rytmie levante.

 

Moją miłość do Andaluzji przelewam na karty moich powieści. W końcu ta ziemia, ci ludzie, skradli moje serce. Od pierwszego momentu, kiedy nazwano mnie hija. I od drugiego, kiedy zostałam cariño. W ten sposób vejeriego wyrażają sympatię i zaufanie. W tym spontanicznym geście czułości, w tym języku pełnym serdeczności, odnalazłam swoje miejsce. A może to miejsce mnie znalazło? Miejsce, które karmi mnie inspiracją, miłością, słońcem, spokojem i pasją. Miejsce, które odkryło przede mną swoje tajemnice. Miejsce, które przemawia do mnie poprzez radość, ciepło i otwarte serca ludzi, których wykarmiło od niemowlęctwa. Miejsce, które przyjęło mnie, nomadkę i nie dąsa się, gdy zostawiam je na rok. Bo dobrze wie, że wrócę, stęskniona.

 miasteczko Vejer Hiszpania

Spacer nocnymi uliczkami Vejer. Wizyta w osiemnastowiecznym gołębniku, rezydującym w starej hacjendzie przerobionej na przytulny hotel z uroczym barem. Wycieczka do zaskakującego różnorodnością Cadiz. Pół dnia w szykownym Jerez. Popołudnie na plaży. Siesta z książką Mariasa w hamaku. Moje małe, andaluzyjskie przyjemności. Mi vida estilo andalú.

 

* Edyta Niewińska – powieściopisarka, autorka recenzji i wywiadów, mentorka literacka. Jej debiutancka powieść „Kosowo” (Mademesis, 2012) została entuzjastycznie przyjęta przez czytelników i krytykę, zyskując miano portretu własnego współczesnych trzydziestolatków. Opowiadanie „One night stand” opublikowane w tomie „Bookopen. Bo po trzydziestce wiele się zmienia” (Nowy Świat, 2013) ugruntowało jej pozycję jako autorki psychologicznych opowieści pełnych prostych, tnących głęboko jak skalpel zdań. Kolejna książka „Levante” (BookFlow, 2015) przyniosła pisarce popularność jako specjalistce od trudnych tematów. Związki międzyludzkie, seksualność, trudne wybory życiowe, lęki trzydziestolatków, poszukiwanie siebie, własnej tożsamości i utraconego czasu – wyzwania pokolenia po transformacji Niewińska opisuje z odwagą i bezkompromisowo.

 

Dla portalu Zupełnie Inna Opowieść prowadzi cykl wywiadów z polskimi pisarkami. Dla polskich magazynów z pasją opisuje swoje podróże. Uczy pisania książek, prowadzi literacki mentoring, jest ekspertką kreatywnego pisania. Z wykształcenia socjolog sztuki, z zamiłowania trenerka międzynarodowych organizacji pozarządowych. Na stałe mieszka w Andaluzji, choć przez większość czasu prowadzi nomadyczny tryb życia. Nie lubi słów „muszę”, „to się nie uda” i „niemożliwe”, lubi za to wyzwania i eksperymenty. Wielbicielka kultury flamenco, andaluzyjskiego sherry, pieszych wycieczek i jogi.

http://lubimyczytac.pl/autor/67523/edyta-niewinska

 

 Fot. Ada Raczak / https://crazyjtravel.pl

 

****

Muszę przyznać, że czuję się zachęcona taką wizją życia, tym bardziej że czuję, że mam w sobie zapędy pisarskie! Co  mi się najbardziej podoba, to wizja tak popularnego ostatnio slow life, czyli cieszenia się z każdego momentu, braku zabiegania, w którym można stracić radość z życia, robienia w życiu tego, co się kocha, doceniając każdy dzień. Staram się żyć właśnie tak, ale jeszcze nie osiągnęłam poziomu Edyty 🙂

A jaka jest Twoja wizja życia (nie)idealnego? Podobna, czy wręcz przeciwnie? W biegu czy raczej powolna, uważna? W jakim miejscu? Czy także to by była Hiszpania?

A Edytę Niewińską możecie śledzić na jej fanpage: TUTAJ oraz na jej stronie internetowej TU.