Historia prawdziwa, Ania i Artur. Nawiązaliśmy kontakt (w zasadzie dość przypadkowo) przez e-maila, a gdy poznałam nieco bliżej ich historię, zdecydowałam, że teraz albo nigdy i poprosiłam o napisanie tekstu na mojego bloga. Zgodzili się 🙂

Tak właśnie trzeba podchodzić do spełniania marzeń. Odważnie, z fantazją, ale i z tabelką w Excelu. Bardzo podziwiam tę parę: są mega zgrani i jedno by za drugim skoczyło w ogień. Na dodatek mają takie same marzenia, na których spełnienie wybrali Hiszpanię. Przeczytajcie historię opisaną słowami Artura.

Włoska robota

Marcowy poranek. Wczesny. Ania obudziła się przed budzikiem. Jak zawsze. Spojrzała na mnie – leżałem wpatrzony w sufit. Nie spałem od kilku godzin. Jak nigdy.

– Coś się stało? Dlaczego nie śpisz?

Odwróciłem się do niej. Spojrzałem głęboko w oczy. Aksamitnie.

– Co Ty na to, żebyśmy rzucili to wszystko? Wyjechali. Kupili łódkę.

Wyjazd chodził nam po głowie od dawna. Na stałe. Każdy urlop – a od lat stawały się coraz częstsze i dłuższe – kusił światem. Słońcem. Uśmiechniętymi ludźmi. Morzem. Prostym jedzeniem. Winem tańszym od wody. Brakowało nam tylko planu co gdzieś tam robić.

– Dobrze. Jeżeli to ten moment to róbmy to… – uśmiechnęła się całą sobą. Zaskoczył mnie jej brak oporu. Nie wietrzyłem w tym zasadzki. Wiedziałem, że potrzebuje oddechu bardziej niż ja.

– Plan?

– Mam.

– Miejsce?

– Ty wybierzesz.

– Co będziemy robić?

– Żyć.

Zgrzeszylibyśmy narzekając. Nie było nam źle. Ale „nie jest źle” nie jest naszą filozofią. Świat jest za piękny, a życie za krótkie, by czekać na emeryturę. W ciągu kilku następnych godzin wiedzieliśmy wszystko. O sobie: o tym, że decyzja jest wspólną i nieodwołalną. Że sprzedamy wszystko, wyciągniemy haki, odetniemy pępowiny. I będziemy robić w życiu coś czego nie robiliśmy do tej pory. Na maxa. Co dokładnie? Żyć!

TP52 anafesto żeglowanie w Hiszpanii

Plan był prosty. Potrzebowaliśmy do niego tylko jednej rzeczy: łódki.

Konkretnej łodzi. Nie zwykłej łódki czy jachtu. Ociekających wygodą jakich widzieliśmy tysiące. Potrzebowaliśmy czegoś wyjątkowego. Mega innego. Czegoś czego nie ma na pewno w Polsce – ba nie pływało nawet na naszych wodach gościnnie! Potrzebowaliśmy jednej z najszybszych łodzi regatowych świata. To nie marketingowe hasło czy uogólnienie – to założenie planu. Potrzebowaliśmy czegoś co – najlepiej by było – stało na podium mistrzostw świata. Znalazłem taką we Włoszech. Właśnie tej nocy. Jedną z najrzadziej sprzedawanych łódek ze wszystkich. W specyfikacji ultraracera. I oczywiście w cenie poza naszym zasięgiem… Gdyby nie to, moglibyśmy pomyśleć, że na nas czeka. Tydzień później pojechałem do Włoch, by ją obejrzeć.

Nie po to by ją kupić – jechałem, by przekonać się, że najbardziej szalony plan jaki mogłem wymyślić jest nie do zrealizowania, bo łódka – niezależnie od ceny – jest np. w kiepskim stanie. Że oferta nie wzięła się znikąd, że zdjęcia i cv są podkolorowane. Że to, że jest w ogóle na sprzedaż to żart… Jechałem odrobić lekcję. To co zastałem na miejscu „rozczarowało mnie”. Łódka była w stanie kolekcjonerskim. Wyjątkowym. Ale trudno innego – na marginesie – oczekiwać od zawodowego regatowego teamu zakochanego w sportowym pływaniu, który ją sprzedawał. Oglądając ją płonąłem. Po całym dniu spędzonym na lustrowaniu każdego centymetra wiedziałem, że też wpadłem jej w oko. Wiedziałem, że mój plan jest dla niej idealny! Że możemy stanowić świetny trójkąt.

Wracając z Wenecji do Warszawy – 1370 km / 12 godzin – czułem całym sobą, że z mariny, w której oglądałem jacht nie mam powrotu. Tym bardziej, że wyjeżdżając spod Wenecji do domu poprosiłem Anię, by nie czekając na mnie puściła zaliczkę…

 

Tak zaczęła się nasza hiszpańska historia

Paradoksalnie pod Wenecją. Paradoksalnie bo od zawsze byliśmy „włoscy”. To Włochy wydawały nam się naszym miejscem na ziemi, to we Włoszech spędzaliśmy każdy luźniejszy weekend, to włoskiej kuchni zaprzedaliśmy dusze, to włoskiego języka zaczęliśmy uczyć się wspólnie kilka lat temu. To był też naturalny kierunek, w którym podążyły nasze pierwsze rozmowy. Tym bardziej, że właśnie kupiliśmy od włoskiego teamu włoską łódź regatową. To nie mogło być nic innego niż Włochy!

Miłość do kultury i miejsc szybko została zrewidowana przez fakty. A konkretniej przez excela. Zdecydowaliśmy się na zakup sportowej łodzi żaglowej żeby żyć ze startów w regatach. Jest na świecie grupa facetów – zaliczałem się do nich do wczoraj – którzy płacą niemałe pieniądze, by wystartować w określonych regatach na świecie i walczyć w nich o dobre miejsce na starcie i finiszu. Na starcie – to specyfika sportowego żeglowania – procedura startowa sama w sobie jest wyścigiem zanim się zacznie ten właściwy. Na mecie – to oczywiste.

Wszyscy chcemy coś sobie bądź innym udowodnić i sport w naszych czasach stał się najlepszym ku temu nośnikiem. Nieważne czy jesteśmy biegaczami, crossfitowcami czy żeglarzami – każdy mówi, że chce być lepszy od wczorajszego siebie, ale za punkt odniesienia zazwyczaj bierze swojego dzisiejszego rywala. I stara się wdreptać na metę o sekundę szybciej, coś zrobić o centymetr wyżej, dźwignąć kilogram więcej. Żeglarze nie są w tym wyjątkiem. Chcą dopłynąć na lepszej pozycji. Dlatego po tygodniach negocjacji i miesiącach weryfikacji wszystkiego co zweryfikowane być powinno kupiliśmy łódź.

Tę łódź! Ultracarbonowego racera, który w swojej historii wygrał takie klasyki jak Copa del Rey, Giraglia Rolex Cup, 151 Miglia, Trofeo Palermo-Montecarlo, Trofeo Pirelli, Trofeo Bernetti, czy pięciokrotnie uważane za największe regaty świata – Barcolana w Trieście. Został też mistrzem Włoch, Europy i wicemistrzem świata. Kupiliśmy TP52. Jako pierwsi i jedyni do tej pory Polacy w całej historii klasy TP52, okrzykniętej najbardziej prestiżową klasą one-design na świecie. To nasz pomysł na nasze jutro gdzieś tam w cieplejszym, bardziej słonecznym i uśmiechniętym miejscu niż korporacyjna i najpoważniejsza z poważnych do tej pory dla nas Warszawa.

TP52 gdzie żeglować w Hiszpanii szkółka żeglowania w Hiszpanii

To była trudna decyzja

Po kilku miesiącach szukania odpowiedniej mariny mogącej przyjąć jacht o takim zanurzeniu jak nasz oraz mieszkania na tyle blisko niej, by marinę traktować jak drugi salon w domu, a nie miejsce trwających godzinami wycieczek zdecydowaliśmy, że zamieszkamy na północ od Barcelony. Takie miejsce znaleźliśmy 40 minut drogi od centrum stolicy Katalonii, powyżej miasta Mataro, które jest traktowane jak przedmieścia Barcy. To praktycznie już wieś. I tak się też tam czujemy. Otuleni lokalnym spokojem z dala od miejsc zadeptywanych przez turystów.

Czas płynie tutaj inaczej. Wolniej? Zazwyczaj, ale słowo inaczej pasuje bardziej: wyznaczają go rytmy codziennych czynności, z którymi nie mieliśmy wcześniej za dużo wspólnego. Chcieliśmy uciec od wielkomiejskiej cywilizacji i nam się to udało. Małe miasteczko jeszcze kawałek za Mataro wciśnięte pomiędzy wzniesienia i plażę budzi nas codziennie pianiem kogutów budzonych pierwszymi promieniami słońca. A jako, że słońce wstaje tu za gór to budzi je później niż zazwyczaj. Leniwie. Niespiesznie. Po hiszpańsku.

Gdy jechaliśmy wypakowanym po dach domowym dobytkiem dużym autem dostawczym na podpisanie umowy najmu mieszkania w Hiszpanii zatrzymaliśmy się na śniadanie gdzieś w okolicy Savony. Ania spała od kilku godzin na fotelu, a ja obok szamotałam się w ciszy ze swoimi myślami. Gdy otworzyła oczy zbudzona manewrowaniem na parkingu z widokiem na morze powiedziałem krótko, że nie jadę dalej. „Tu zostaję”. Że Włochy, że spójrz, że język, że miłość, że woda, że tutaj. Włochy były miejscem z naszych snów – Hiszpania miejscem z excela.

TP52 spełnianie marzeń w Hiszpanii

Gdy zaznaczysz na mapie miejsca, w których są rozgrywane na Morzu Śródziemnym najbardziej prestiżowe regaty i policzysz wszystkie koszty z koniecznością podstawiania na nie wyścigowego jachtu, który, aby tylko odbić od pomostu już wymaga co najmniej kilku osób załogi, Barcelona znajduje się mniej więcej pośrodku. Z tego punktu widzenia jest racjonalna. Przemyślana. Optymalna kosztowo. Jest świetnie skomunikowana lotniczo z każdym miejscem w Europie co jest ważne dla drugiej nogi naszego biznesu – dla żeglarskiej akademii, którą zamierzaliśmy prowadzić dla wymagających czegoś więcej fanów regatowego ścigania.

Wszystkie znaki na niebie i ziemi mówiły „Barcelona”

Wszystkie komórki w moim ciele wrzeszczały „Włochy!!”. Utwierdzała mnie w tym przepyszna, świeżutka, poranna kanapka o nazwie Italy z suszonymi pomidorami, ricottą i grillowaną cukinią serwowana na niemal wszystkich stacjach paliw wzdłuż i wszerz Włoch, którą tego ranka również zamówiłem. Smakowała cudnie jak nigdy czyli we włoskim przypadku jak zawsze. Na parkingu spędziliśmy więcej niż dwie godziny.

Ania jako jak zawsze chłodniej myśląca część naszego związku powiedziała, że możemy się kiedyś starzeć we Włoszech, ale na razie zaróbmy na tę okoliczność mieszkając w Barcelonie. Ruszyliśmy więc dalej. Z ociąganiem. Leniwie. Niespiesznie. Po włosku. Do miejsca nie z przyszłości, a z excela.

TP52 regaty w Hiszpanii

Kilka dni temu minęło nasze pół roku w Hiszpanii

Daliśmy jej szansę robiąc miejsce w sercach. Wykorzystała ją. Chcieliśmy być fair wobec miejsca, w którym zamierzaliśmy spędzić kolejne lata, mimo to przez pierwsze tygodnie porównywaliśmy ją w naturalny sposób z Włochami. Bywaliśmy w Hiszpanii wcześniej naście razy, ale perspektywa lokalsa jest inna.

Nie znając hiszpańskiego, a raczej wszędzie w naszej okolicy wymaganego katalońskiego z sentymentem odnosiliśmy się do Italii, w której języku potrafiliśmy się podstawowo komunikować. Na spokojnie i z pokorą chłonęliśmy nowe słówka i lokalne zwyczaje w sklepach, na plaży, w marinie. Na początku z lekką rezerwą odnosiliśmy się tego wszystkiego co nas spotykało. A spotykało nas sporo. Czekanie w nieruchomej kolejce, bo pani kasjerka rozmawia przez komórkę? Nikomu to nie przeszkadza, więc i nam nie powinno? Pracownik recepcji, który zostawia ją pustą na naście minut i prowadzi nas przez cały szpital do lekarza, który zna angielski i będzie mógł nam pomóc po zatruciu żołądkowym Ani? Jakież to życzliwe i tutaj oczywiste!

Szeroka, piękna plaża położona tuż pod naszym domem z tysiącem opalających się osób, które w milczeniu kontemplują słońce, czytają książki czy są zatopione w swoich myślach? Bez parawanów, pisków dzieci i krzyków na nie czy śpiewnego wołania o kolejne piwo od rana? Takich plaż jest tu nie do zliczenia!

Często w Polsce oglądaliśmy program „Wielkie projekty”. Program o osobach, które opuszczają swoje kraje i budują gdzieś w nowych miejscach domy. Wspaniałe, architektoniczne dzieła sztuki. Zawsze nas zastanawiało dlaczego lub jak ktoś z centrum Londynu znajduje pagórek gdzieś w południowej Portugalii i podejmuje wyzwanie zrealizowania na nim swojego wymarzonego projektu? Dlaczego do wczoraj aktywni Skandynawowie przyjeżdżają na środek australijskiego pustkowia i postanawiają się w nim osiedlić na emeryturze? Jak ten ktoś decyduje się na miejsce w środku niczego?

Odpowiedź znaleźliśmy w Hiszpanii. Co powoduje, że ludzie zamieniają swoje uporządkowane życia na wyzwanie zamieszkania na lata gdzieś tam? To paradoksalnie proste: inni ludzie. Życzliwe podejście lokalnej społeczności wymieszane z olśniewającą przyrodą. To coś co wybija się z naszej półrocznej refleksji mieszkania pod Barceloną.

Często spotykamy uśmiechniętych Hiszpanów, od których – a to się zdarza często – dzieli nas językowa bariera. Nieważne czy oni nie po angielsku czy my nie po katalońsku – w sklepie, banku, na stacji paliw, na parkingu brak znajomości języka w ogóle tutaj nikomu w niczym nie przeszkadza. Chętni do pomocy z atencją podchodzą do tego czego od nich chcemy bądź oni od nas i wspólnie – zazwyczaj z szerokimi uśmiechami – sobie radzimy z chwilowym problemem. To dla nas niezwykłe!

Wychowani i funkcjonujący przez swoje życia w słowiańskiej kulturze jesteśmy tak inni! Bywamy tak nieufni, tak zasklepieni w sobie i zapatrzeni na swoje, że południowa bezpretensjonalność i na nic nie skalkulowana szczerość zazwyczaj szokują. Gdy jesteś na urlopie myślisz, że ktoś się do ciebie uśmiecha, bo tego wymaga jego zajęcie. Że to jest jego praca i jest na twoje usługi. Tak zakładamy. Gdy znajdujesz się tutaj na dłużej zrozumiesz, że nie Hiszpan się do ciebie uśmiecha lub ci pomaga – robi to jego tysiącletnia natura.

Dobrze nam tutaj

Otwieramy się na to co nas otacza. Nie oceniamy, nie krytykujemy, nie bywamy zawiedzeni. Spokojnie analizujemy, staramy się zrozumieć i uszanować odmienność, która jest odmiennością umowną i zazwyczaj tylko dla przyjezdnych. Nie można zamieszkać w innym odległym kulturowo kraju i mierzyć go swoją dotychczasową miarą. Nie można wybrać sobie z Hiszpanii sangrii, palm i plaż z lazurową wodą i psioczyć, że w restauracjach próżno szukać schabowego z modrą kapustą. Nie można chwalić ciepłej wody w morzu i jednocześnie narzekać na czterdziestostopniowe temperatury, które mamy tutaj od tygodni. Nie można ekscytować się gotycką zabudową w centrum, robić sobie na jej tle selfie i sekundę później mieć komuś za złe, że klimatyczny hotelik w trzystuletniej kamienicy, w którym się zatrzymaliśmy nie ma windy. Nie można być wybiórczym tak ja nie można być trochę w ciąży.

Nie można mieszkać w Hiszpanii i szukać w niej Włoch – zrozumieliśmy to szybko. Jeżdżąc po okolicy śmieliśmy się kilkukrotnie w głos widząc możliwe do kupienia działki budowlane na zboczach gór z przepięknym widokiem. Zatrzymując się przy nich przyznajemy się wtedy przed sobą szczerze, że właściwie dlaczego by nie, że w końcu znamy tutaj Elenę, Sandrę, że wiemy kto ma najświeższe ryby w okolicy, gdzie jest najtańsze paliwo, że słońce tutaj pięknie opala, że nasz psiak nie ma problemów z łapami, że Raul jest najlepszym ogrodnikiem… To było owocne pierwsze pół roku w Hiszpanii. Naszej Hiszpanii.

TP52 hiszpańskie marzenia

Ania i Artur zarządzają TP52 Racing Academy organizowanej na własnym oraz drugim w Hiszpanii jachcie klasy TP52, który jest własnością jednego z najbardziej utytułowanych hiszpańskich żeglarzy Toni Guiu.

W swoim pierwszym starcie na otwarcie sezonu w Campionat de Catalunya w kwietniu tego roku załoga startująca na ich jachcie Anafesto była bezdyskusyjnie najszybsza – więcej o ich żeglarskim przedsięwzięciu znajdziesz na stronie TP52.com.

Jeśli masz 3 minuty, to ogromnie zachęcam Cię do obejrzenia pięknego video, które pokazuje przedsięwzięcie Ani i Artura. I chociaż wygląda, jakby to była tylko „czysta rozrywka” i miłe spędzanie czasu, to zapewniam, że kryje się za tym także ich ciężka praca. Nagranie obejrzyj koniecznie z muzyką!

***

Poznaliśmy się gdy Ania napisała do mnie pół roku temu w ślad za moim postem o telefonii komórkowej w Hiszpanii. Skorzystali z mojej rekomendacji, a ja w rewanżu z ich zaproszenia na żeglowanie z widokiem na Barcelonę – relacja wkrótce 🙂

Wpis nie jest sponsorowany.

 

Jeżeli Hiszpania zajmuje szczególne miejsce w Twoim sercu,

kliknij „Lubię to” przy moim fanpage, będzie mi bardzo miło!