Kadyks – to hiszpańska prowincja, leżąca w Andaluzji, a jednocześnie tak samo nazywa się miasto. Po hiszpańsku Cádiz. Jest to najstarsze miasto w Hiszpanii (zostało założone jeszcze przez Fenicjan)!

Leży na wybrzeżu Costa de la Luz – Wybrzeże Światła, brzmi pięknie, prawda? Znajduje się pomiędzy Gibraltarem a hiszpańską granicą z Portugalią.

Co zobaczyć w prowincji Kadyks? Czy warto pojechać do Kadyksu? Moim zdaniem zdecydowanie warto! Ja bardzo polecam, opiszę kilka miejsc godnych zobaczenia w tej prowincji.

Jeśli póki co nie wybierasz się do Kadyksu, to również zachęcam Cię do przeczytania wpisu. Jeżeli czujesz, że to nie jest coś dla Ciebie na tę chwilę, to proszę, zjedź na dół i przeczytaj ostatni akapit – jest on bardzo ważny i pragnę, aby każdy, a w szczególności KAŻDA go przeczytała.

Miasto Kadyks – co zobaczyć?

Byłam w Kadyksie dwa razy i moim zdaniem jest to przepiękne miasto, w którym można świetnie zjeść, chodzić na niekończące się spacery, zarówno po mieście, jak i po pobliskich plażach, po fantastycznej promenadzie nadmorskiej…

Wchodząc na stare miasto Kadyksu przez bramę Puertas de la Tierra, możemy udać się w stronę katedry Catedral de Santa Cruz. Katedra, mimo że nie bardzo stara, jak na hiszpańskie standardy (zaczęto jej budowę w roku 1722, a całkowicie zakończono w 1838, tak, to nie błąd, budowano ją przez 116 lat), jest imponująca i codziennie cykane są setki (o ile nie tysiące) zdjęć z jej udziałem (chociaż trudno ją zmieścić w obiektywie). Mieszkańcy Kadyksu, gaditanos, nazywają ją catedral Nueva (czyli nowa katedra). Jest widoczna prawie z każdego miejsca w Kadyksie. Poniżej moje zdjęcie przy niej, przy okazji widać, że nie miałam wtedy najlepszego aparatu 😉 Po prawej stronie ja, z rozwianym włosem, a w tle piękny Kadyks.

Katedra w Kadyksie czy warto Kadyks jak dojechać

Oprócz camara obscura wizyta na wieży jest interesująca z historycznego punktu widzenia, jest to małe muzeum wyjaśniające, jak w dawniejszych czasach funkcjonowało miasto.
Torre Tavira
– jest to jedna z wież w mieście. To, co tam można zobaczyć bardzo mi się podobało, chociaż nie wiem do końca jak działa. Wejście na wieżę było naprawdę bardzo fajnym doświadczeniem, polecam. Na samej górze wieży znajduje się pomieszczenie zwane camara obscura (ciemna komnata). Pan przewodnik pokazał nam, jak dzięki przyrządowi optycznemu, pozwalającemu uzyskać aktualny obraz miasta, ulic, możemy zobaczyć zabytki, spacerujących ludzi itp, bardzo ciekawe). Zdjęcie główne tego artykułu zostało zrobione z wieży Tavira, jeśli lubisz panoramiczne widoki – to coś dla Ciebie 😉

Polecam wybrać się także do dzielnicy (barrio) starego miasta, La Viña. Tam możesz poczuć prawdziwy klimat Kadyksu.

Na zachód słońca nie musisz jechać daleko: możesz go obejrzeć na miejskiej plaży La Caleta.

Tarifa – jedno z moich ulubionych miejsc w Andaluzji

Tarifa jest mekką kitesurferów i windsurferów (podczas gdy El Palmar jest ulubionym miejscem surferów). Silne wiatry, dobra pogoda i bezchmurne niebo sprawiają, że surferzy z wielu miejsc na świecie wybierają się do tej miejscowości. Jest to miasto Hiszpanii, które jest położone najbardziej na południe (mowa oczywiście o Hiszpanii kontynentalnej). Jeśli trafimy na dobrą pogodę, mamy szansę zobaczyć wybrzeże Afryki (odległość, w zależności od miejsca, w które spoglądamy to około 15-20 km), a w nocy można podziwiać światła marokańskiego miasta Tanger (oddalenie od Tarify o około 30 km). Poniżej zamieszczam zdjęcie z Google Maps. Czerwony punkcik to Tarifa, możesz zobaczyć gdzie dokładnie jest umiejscowiona, no i gdzie ta Afryka.

Punta tarifa najbardziej na południe wysunięte miejsce Hiszpanii

W Taryfie znajdziesz także kilka zabytków wartych rzucenia na nie okiem. Między innymi znajdziesz tu średniowieczne mury miejskie, także pochodzący ze średniowiecza zamek Guzmán el Bueno, bramę miejską Puerta de Jerez, a oprócz tego kościół pod wezwaniem san Mateo, czyli św. Mateusza.

W serwisie TripAdvisor, na pierwszym miejscu atrakcji w Tarifie znajduje się punkt widokowy, z którego można zobaczyć Afrykę. Nazywa się Mirador del Estrecho. Ja nie byłam, ale to pierwsze miejsce w rankingu o czymś musi świadczyć…

Playa de Bolonia i na co koniecznie uważać…

W okręgu miejskim Tarify znajduje się jedna z piękniejszych plaż jakie widziałam, zwana Playa de Bolonia. Długa na 3800 metrów i o średniej szerokości 70 m, na dodatek hiszpańska Wikipedia określa ją jako dziewiczą! My oczywiście też tam pojechaliśmy, plaża naprawdę ładna, polecam. Naszym oczom ukazał się wielki (imponujący!) jęzor jasnego piachu, wychodzący z wydmy (mającej ponad 30 metrów wysokości!). Tuż przy plaży znajduje się obiekt archeologiczny Baelo Claudia, który przy okazji można zwiedzić, pochodzący z czasów starożytnego Rzymu.

Zjeżdżając z plaży warto wjechać na masyw skalny San Bartolo znajdujący się tuż obok. To znane w Europie miejsce wspinaczki skałkowej, ale znajduje się tam także świetna i niewymagająca trasa piesza na sam szczyt skały, gdzie z wysokości 400 metrów można podziwiać zjawiskowe widoki okolicy, włącznie z marokańskim wybrzeżem, które widać wyraźnie w słoneczne dni.

Dodatkową atrakcją jest możliwość obserwowania rzadko spotykanych gatunków sępów egipskich oraz orłów, którym nie przeszkadza obecność człowieka i niezrażone krążą ponad głowami piechurów. Lubię tam czasem przysiąść i kontemplować widoki, tam naprawdę czuje się bliskość człowieka z naturą – mówi Edyta Niewińska, pisarka mieszkająca od sześciu lat w prowincji Kadyks.

Tarifa playa de bolonia baelo claudia

Po całym dniu plażowania (i podziwiania Baelo Claudia) zebraliśmy nasze manatki z plaży i zapakowaliśmy je do samochodu, aby ruszyć do miejsca, w którym mieliśmy zarezerwowany nocleg. Jechaliśmy drogą wyjazdową z plaży Playa de Bolonia, była dość wąska, ale przede wszystkim… miała bardzo ostrą krawędź z naszej strony (prawej strony samochodu). W pewnym momencie, gdy z naprzeciwka jechał jakiś szerszy samochód, mój mąż zjechał troszkę w prawo i… samochód zjechał (żeby nie powiedzieć że spadł) z tego wysokiego krawężnika jezdni.  Najpierw z jezdni wypadło przednie koło, gdy Miguel skręcił kierownicą, aby wrócić na szosę, siłą rzeczy, musiało wyjechać z niej także prawe tylne koło, aby mój wrócić na poprzednią trajektorię. Okej, nic się nie stało. Wjechaliśmy z powrotem na drogę.

Po jakichś kilku minutach, elektroniczny system w samochodzie zaczął nas ostrzegać, że z jednej z opon ulatuje powietrze. Och nie, powiedzieliśmy jednocześnie. Podczas naszego manewru, aby uniknąć zderzenia z innym samochodem, złapaliśmy gumę. Zatrzymaliśmy się na pierwszym możliwym zjeździe, obejrzeliśmy samochód z każdej strony (żeby wykluczyć ewentualne inne uszkodzenia) i faktycznie, w tylnym kole z prawej strony mieliśmy przedziurawioną oponę. I to jak! Rozerwaną! Z boku koła, od wewnątrz. Powietrze uchodziło z niej w ekspresowym tempie.

Jestem osobą, która umie działać w takich sytuacjach, nie przerażam się, tylko staram się jak najszybciej rozwiązać problem. Znalazłam dokumenty ubezpieczeniowe w samochodzie, zgłosiłam szkodę, na podstawie GPS i słupków przydrożnych, na których były określone kilometry, powiedziałam gdzie dokładnie jesteśmy. W przeciągu trzydziestu minut ktoś miał do nas przyjechać. Słońce już się kierowało ku zachodowi, niebo miało piękny kolor. Za dokładnie dwanaście minut (!!!) podjechał pan z lawetą, przywitał się i zaczął zmieniać nam oponę. Okazało się, że miał swój warsztat bardzo blisko! Brawo ubezpieczenie Generali!

Mój mąż jest super facetem i umie zmienić oponę w samochodzie (już to raz zrobił, z sukcesem, więc wiem, że to nie tylko jego męskie przechwałki), ale kiedy tylko może, to woli nie brudzić sobie rąk. Zresztą mieliśmy dobry humor, żartowaliśmy sobie i czas nam miło mijał.

Super, pan zmienił nam oponę, pogadał do nas z sympatycznym akcentem andaluzyjskim, przystemplował dokument naprawy, zostawił nam kopię i odjechał, machając serdecznie i życząc serdecznej drogi. Zmiana opony (na naszą zapasową, którą mieliśmy w bagażniku) zajęła mu dosłownie chwilę!

Ruszyliśmy w dalszą drogę, a tutaj po może 5 czy 10 minutach, znowu to samo. Piszczące ostrzeżenie samochodu, komunikat na wyświetlaczu, że w oponie jest niskie ciśnienie, proszę sprawdź to. Trochę zdezorientowani, zatrzymaliśmy się przy najbliższym zjeździe.

Tym razem to przednia prawa opona była prawie rozerwana. No kapeć totalny, mówię ci. Zaczęliśmy szukać numeru do pana mechanika. Na szczęście na którymś z dokumentów, który nam zostawił, były jego dane. Pan powiedział, że będzie, oczywiście z lawetą, za kilka minut. Powiedział, że nie musimy mu mówić gdzie jesteśmy, wiedział w którą stronę jedziemy i że nie mogliśmy daleko odjechać.

Zaczęłam liczyć kroki, żeby postawić na drodze trójkąt bezpieczeństwa.

Przyjechał pan, nieco strapiony, stwierdził, że nie ma u siebie opon na zmianę, albo takiej która by pasowała do naszego auta, już nie pamiętam. I że musi zabrać samochód, ale że mamy się nie martwić, bo on zaraz nam załatwi taksówkę od ubezpieczenia, że nas zawiozą do hotelu podczas gdy on zajmie się poszukiwaniem najbliższego miejsca, gdzie mogą nam wymienić oponę.

No więc samochód wjechał na lawetę, my do środka do kabiny i pan nas odwiózł do miejsca, w którym wcześniej umówił się z taksówkarzem (dobrze to zorganizował!). My odjechaliśmy w jedną stronę do naszego hotelu (który znajdował się w miejscowości Chiclana de la Frontera), a nasz samochodzik gdzieś indziej. Nie wiedzieliśmy gdzie. Następnego dnia rano pan laweciarz czy kim on do licha był, miał do nas zadzwonić i powiedzieć, w którym warsztacie zostawił samochód.

na co uważać w andaluzji

Dojechaliśmy do hotelu, prawie godzina drogi, rozpakowaliśmy się i położyliśmy się do łóżka. Nagle mój mąż zaczął rozmyślać.

– Olga… przecież ja dałem temu facetowi samochód. Kluczyki do samochodu. Dokumenty. Jutro gostek nie odbierze ode mnie telefonu, samochód wyśle promem do Maroka gdzie zaginie na dobre, a firma ubezpieczeniowa mnie wyśmieje, że mu to wszystko dałem i że to moja wina! – mój mąż był przerażony. – Na dodatek.. oni mieli to wszystko tak dobrze zorganizowane, umówił się z tym taksówkarzem tak szybko, może oni działają razem?

Ja w ogóle nie potrafiłam się tym przejąć. Może i jestem naiwna, ale nie wydawało mi się to ani trochę prawdopodobne.

– Co ja zrobię, przecież jak mam szukać samochodu w Maroku… – mąż się naprawdę przejmował.

W końcu udało mi się go uspokoić, nagadałam się jak głupia, ale usnął. I ja też.

Rano zadzwonił do nas pan i spytał, na którą godzinę ma nam zamówić taksówkę, aby zawiozła nas po odbiór samochodu. Do warsztatu w miejscowości Barbate, oddalonego ok. 40 km od naszego hostelu. Mój mąż powiedział że taksówka ma przyjechać natychmiast. Pan tak też zrobił, dojechaliśmy do Barbate. Mąż nadal był pełen obaw: a co jeśli pójdziemy do tego warsztatu i zapytamy o nasz samochód, a oni powiedzą „panie, jaki samochód? Wypad z baru”. Ja się tym w ogóle nie przejmowałam.

W warsztacie wszystko świetnie. Dwie opony zmienione, bieżniki jak trzeba, pan mechanik Carlos zapewnił nas, że to są opony „drugiej marki” Michelin. Do zapłaty: 120 euro za każdą oponę. Razem 240 euro. Lekki zgrzyt zębami… Zwykle opony kosztują może z 80 euro za sztukę, nówki, markowe? No ale co zrobisz, na końcu Hiszpanii, mój mąż mrucząc coś pod nosem wyjął kartę kredytową.  – Zaksięguje się w następnym miesiącu – powiedział mi. I tak był szczęśliwy, gdy wsiedliśmy do samochodu, z czułością dotknął kierownicy. Powiedzmy że zakończyło się sukcesem.

Po powrocie mąż oddał samochód do zaufanego warsztatu, aby sprawdzili czy na pewno wszystko jest okej z oponami, czy nic więcej się nie stało w chwili gdy samochód zjechał z krawężnika. Nasz pan mechanik powiedział, że opony, które nam założono są jakiejś chińskiej firmy „krzak” i żebyśmy sprawdzali czy się za szybko nie zużyją, bo on nie zna takiej marki… 🙂

Z tej historii mamy tylko jeden morał: w przyszłości będziemy bardziej uważać na krawędzie szosy, aby z nich nie zjechać, nie przedziurawić sobie dwóch opon za jednym razem, no i przy okazji nie spowodować jakiegoś poważniejszego wypadku. I radzę to samo wszystkim, gdy tylko zaczynamy rozmawiać o Andaluzji, gdyż później zwracaliśmy uwagę na inne drogi i było tam podobnie, duża różnica poziomów pomiędzy szosą i… „poboczem” (?) i jej ostre zakończenie.

Tuńczyk – z tego słynie Barbate

No ale byliśmy już w Barbate, bo stamtąd odbieraliśmy samochód z warsztatu. Gdy napięcie minęło, uznaliśmy, że musimy coś zjeść. A gdzie lepiej coś zjeść niż w tym właśnie małym miasteczku Barbate (oddalonego od Kadyksu o ok. 60 km), które jest w Hiszpanii powszechnie znane z pysznego tuńczyka, świeżo wyłowionego i przyrządzonego na różne sposoby! Na zdjęciu poniżej tuńczyk Almadraba i lokalne sherry.

tuńczyk almadraba kadyks co zjeść barbate

Przejeżdżając w okolicy, nie możesz nie wstąpić, chociaż na tapas, żeby go spróbować! Samo miasteczko nie jest jakieś piękne, chociaż trzeba przyznać, że historia regionu sięga aż do czasów przed VIII (!) tysiącleciem (!) przed naszą erą! No i najładniejsze są tam oczywiście plaże, niektóre całkiem dziewicze!

Niedaleko Barbate znajduje się przylądek Trafalgar (miejscowość Los Caños de Meca), przy którym w 1805 roku miała miejsce bitwa o Trafalgar, pomiędzy flotą angielską a francusko-hiszpańską, w czasie wojen napoleońskich. Bitwę wygrał gen. Nelson wraz ze swoją flotą brytyjską.

Jerez de la Frontera –  tam gdzie powstaje sherry?

Jerez słynie z niezliczonych winiarni i produkcji sherry. Muszę przyznać, że uwielbiam to miasto – mówi Edyta Niewińska, pisarka – Sam klimat Jerez jest tak odmienny od wszystkich innych miast z prowincji Kadyks, że zdecydowanie trzeba odwiedzić to miasto. Polecam wizytę w zamku Alcázar, założonym na fundamentach arabskich fortyfikacji z XII wieku. Uwielbiam spacerować po starówce, bez celu, po prostu przejść się, przysiąść, napić kawy. W Jerez warto posłuchać flamenco, bo najlepsi śpiewacy flamenco właśnie stąd pochodzą. No i koniecznie odwiedzić bodegę – ja byłam w winnicy Williams & Humbert i bardzo serdecznie ją polecam. Wyczerpujące informacje na temat historii sherry, ale także jego rodzajów i produkcji z obowiązkową degustacją na końcu – tego nie można pominąć planując wizytę w Jerez!

Vejer de la Frontera – najsłynniejsze pueblo blanco

“Zbiegła na dół, chwyciła portfel i wyszła na wybrukowaną uliczkę. Dom, w którym teraz miała mieszkać, znajdował się w samym sercu starego miasta, w plątaninie wąskich uliczek. Spojrzała na mapę w telefonie i obrała orientacyjnie kierunek. Miała nadzieję, że uda jej się dotrzeć na Plaza España bez obchodzenia całego miasta dookoła.

Droga prowadziła w dół. Susana uznała, że to nie najgorzej. Na jej końcu dostrzegła sklep, postanowiła więc zapytać o dalszy kierunek. Po drodze minęła ją starsza pani. Susana zawołała, ale kobieta nie usłyszała jej, może z powodu wiatru, który nie ustawał. Postanowiła więc iść za nią i przyspieszyła kroku. Uliczka zakończyła się małym placykiem, którego jedna strona obramowana była łukiem. Za nim dostrzegła drogę prowadzącą na plac z fontanną. No tak, była w zasadzie na miejscu.

Ruszyła w kierunku kościoła, który znajdował się całkiem po drugiej stronie. Przecięła plac, minęła fontannę i weszła w odchodzącą od niej uliczkę. Po prawej stronie dostrzegła  wielkie, drewniane drzwi. Tuż obok nich zobaczyła okno, pod którym zamontowana była wąska półka, idealna na popielniczkę lub kieliszek wina. Naprzeciwko ustawione były stoliki, zacienione przez drzewa pomarańczowe i  parasole. Pomiędzy barem i stolikami znajdowała się brukowana ulica, po której zwyczajnie jeździły samochody.”

Fragment powieści “Pod powierzchnią” Edyty Niewińskiej

Zakochałam się w Vejer od pierwszego wejrzenia! – mówi Edyta Niewińska – Pamiętam, że kiedy przyjechałam tu po raz pierwszy i szłam ulicami starówki, byłam po prostu oczarowana. Pamiętam wiatr, było wietrznie i było to dla mnie zaskakujące, jeszcze wtedy nie znałam levante, który później mnie tak zafascynował, że umieściłam w Vejer w czas levante najważniejszą scenę mojej drugiej powieści. Pamiętam zjawiskowe i zaplątane uliczki starego pueblo blanco, arabski zamek i uśmiechniętych ludzi. Wyciągnęłam telefon i zaczęłam dzwonić pod każdy numer z tablicy z napisem “Na wynajem”. Trzy tygodnie później przeprowadzałam się do Vejer.

 

Vejer jest dla mnie miejscem magicznym, ze znakomitą energią i pełne inspiracji. Moją najnowszą powieść też osadziłam częściowo w Vejer. Wszystko jest tu piękne – patia na starówkach, pełne kwiatów, czasem nawet można znaleźć tam starą studnię. Malutkie bary, w których warto wypić kieliszek sherry i zjeść tapas. Piękne widoki, bo miasto znajduje się na dwustumetrowej górze. Tu po prostu trzeba przyjechać i pospacerować idąc tam, gdzie nogi poniosą i zaglądając w miejsca, które budzą naszą ciekawość.

Szczególnie polecam odbywający się tutaj już od dwudziestu lat narodowy konkurs śpiewaków flamenco. To najważniejsza atrakcja w regionie na przełomie czerwca i lipca. O główną nagrodę ubiega się co roku kilkudziesięciu śpiewaków i jest ona kluczowa dla dalszego rozwoju kariery finalistów konkursu.

Najpiękniejsze plaże w prowincji Kadyks:

El Palmar – Playa El Palmar.

Kadyks: Playa de la Caleta – plaża miejska.

Tarifa: Playa Chica (plaża miejska), Playa de los Lances, wspomniana Playa de la Bolonia.

Zahora: Playa Mangueta, ulubiona plaża mieszkańców wybrzeża

Trafalgar: Playa Trafalgar, niedaleko latarni morskiej (faro).

Plaże pomiędzy Barabate i Zahara de los Atunes – są piękne, szerokie i niezatłoczone.

 

Podczas naszej wycieczki nocowaliśmy każdej nocy w innym miejscu, a następnie każdego dnia ustalaliśmy trasę. Czasami rano wyjeżdżaliśmy z jednego hotelu, jechaliśmy na wybraną plażę, spędzaliśmy tam pół dnia, jechaliśmy do jakiegoś poleconego nam przez miejscowych baru czy restauracji, a po południu kolejna plaża lub jakieś małe miasteczko… Polecam taki sposób jeśli lubisz aktywny wypoczynek, lubisz jeździć samochodem no i… jeśli nie musisz wziąć prysznica za każdym razem kiedy wracasz z plaży. Bo na takich wakacjach jak nasze zazwyczaj nie jest to możliwe.

Video na zachętę – pojedź do Kadyksu!

Jeśli jeszcze nie czujesz się przekonany, żeby pojechać do Kadyksu i zwiedzić jego poszczególne miasteczka i plaże, zamieszczam dwa filmiki, każdy w swoim stylu, ale każdy uroczy. Który ci się bardziej podoba? Pokazują nam rejony Barbate, Conil, El Palmar… Warto usiąść na chwilkę w spokoju i obejrzeć te piękne widoki…

Jak dojechać do Kadyksu?

Do Kadyksu można dojechać na kilka sposobów, oczywiście najpierw należy dostać się do Hiszpanii.

Jeśli będziesz jechać samochodem, to nie powinieneś mieć większego problemu: drogi są dość dobrze oznakowane i z tego co pamiętam, dobrej jakości. Na trasie z Sewilli występuje opłata za autostradę około 7 euro.

Jeśli chcemy dolecieć samolotem, to najbliższe lotniska są w miastach:

Jerez de la Frontera – niestety nie ma żadnych połączeń lotniczych z Polską, ale możemy się tam dostać np. z Barcelony, Majorki, Madrytu, z wielu miast niemieckich… Tutaj szczegółowe informacje: Lotnisko Jerez  (Jerez de la Frontera).

Sewilla – informacje na temat lotniska w Sewilli i skąd można dolecieć do Sewilli.

Istnieje także transport autobusowy: Sprawdź jak dojechać do Kadyksu autobusem (strona nieco przedpotopowa, ale działa!) oraz druga strona: Dojazd do Kadyksu – firma autobusowa ALSA. Polecam sprawdzić obydwie.

Oraz kolejowy: Wyznacz sobie trasę, jak dojechać do Kadyksu z dowolnego miasta Hiszpanii (strona dostępna także po angielsku, należy zmienić język w górnym menu).

WAŻNE. „Pod powierzchnią” idealnego związku

Wpis ten napisałam z pomocą Edyty Niewińskiej, która mieszka w prowincji Kadyks i doskonale wie, o czym mówi. Edyta jest pisarką. Razem przygotowałyśmy także wpisy:

Akcent… andaluzyjski

5 powodów aby odwiedzić Gran Canarię i jej tajemniczy mieszkańcy – Guanczowie

Surfing w Hiszpanii – El Palmar (Costa de la Luz, Andaluzja)

Służą one przybliżeniu życia i wakacyjnych opcji w tej części Andaluzji. Ale także przybliżeniu moim czytelnikom książki Edyty („Pod powierzchnią”), którą już można zakupić (w październiku 2018 w przedsprzedaży) na stronie internetowej:

http://powiesci.edytaniewinska.com/.

Na tej stronie jest nagranie video, w którym Edyta wyjaśnia, jak doszło do powstania książki „Pod powierzchnią”. Że to nie jest wymyślona historia. Jest to historia oparta na bolesnych doświadczeniach Edyty, część tego doświadczenia przekazała ona swojej bohaterce. Książka o kobietach, których dramatu nikt nie dostrzega, jak pisze Edyta, jak wygląda życie za zamkniętymi drzwiami i co kryje się „pod powierzchnią” pięknego, teoretycznie idealnego związku. Podziwiam ją za tą odwagę, zachęcam do obejrzenia tego nagrania (jest na stronie, którą podaję wyżej).