Robiłam ostatnio porządek w papierach. Jakoś ich strasznie dużo się nazbierało. A co to? Papierowa teczka wypchana po brzegi kartkami papieru. Otworzyłam, a moim oczom ukazały się moje cv. Kilka rodzajów, a każdy w co najmniej 20 egzemplarzach. Tylko jeden rodzaj cv był prawdziwy, a reszta była… sfałszowana.

Od daty … do daty … – kelnerka w barze X, Warszawa.

Od daty …. do daty …. – praca w sklepie Y jako sprzedawczyni, Warszawa.

Problem? A no taki, że ja przed przyjazdem do Hiszpanii nigdy nie pracowałam w żadnym barze ani sklepie w Warszawie. Ani w żadnym innym mieście.

Z lekką nutką odrazy zabrałam się za niszczenie cv. Za niszczenie kilku lat mojego życia na kartkach papieru. Fałszywego życia, które wymyśliłam tylko na potrzeby szukania pracy w Hiszpanii.

Hiszpania krajem kelnerów?

Jeśli jeszcze tego nie zrobiłeś, podczas następnej wizyty w Hiszpanii zacznij prowadzić statystyki: ilu zobaczysz dziennie kelnerów – panów w sile wieku? Założę się, że wielu.

W Hiszpanii kelner to zawód. To nie jest coś na przeczekanie studiów, na dorobienie sobie. Jest tu bardzo dużo osób, które przez całe życie zajmują się podawaniem napojów i jedzenia innym. Być może dlatego, że w Hiszpanii jest bardzo duże zagęszczenie barów. Ponoć największe na świecie – na jeden bar przypada tutaj tylko 175 mieszkańców. Aż 8% osób w wieku produkcyjnym pracuje w sektorze restauracyjnym. Te dwie ostatnie informacje wyciągnęłam z TEGO artykułu (po hiszpańsku).

Nie jestem w stanie stwierdzić ile osób pracuje w tej branży bo chce, bo lubi, bo taki ma pomysł na siebie i na życie, a ile pracuje, bo musi coś robić, ale z całego serca nienawidzi tej pracy.

Na dodatek bardzo mnie denerwuje fakt, jak dziennikarze i politycy podniecają się w wiadomościach w telewizji: bezrobocie w Hiszpanii spadło o X % i w ostatnim miesiącu tyle i tyle osób znalazło zatrudnienie. Nożyk mi się w kieszeni otwiera, a niecenzuralne słowa próbują się wydobyć z moich ust. Bo ostatni miesiąc to maj, zaczyna się sezon na plaży i znowu zatrudniono tysiące pracowników na wakacje, za słabe stawki, do pracy na 12 godzin dziennie przez 6 lub 7 dni w tygodniu. Wyobrażasz sobie tak pracować? A we wrześniu, po sezonie do widzenia, na ulicę, znowu zapisywać się na listę bezrobotnych w urzędzie pracy. Znowu szukaj sobie pracy.

praca na sezon w barze w Hiszpanii

Jak to, fałszowanie cv?

Jako 25-latka (2013 r.), pozostawiona sama sobie na obcym rynku pracy i po dużym kopie w cztery literki w postaci braku ofert pracy biurowej lub jakiejś podobnej, zastanowiłam się. Hostele, bary i sklepy – to były moje miejsca docelowe. Oczywiście poza oficjalnym nurtem szukania pracy, na portalach pracowych, gdzie moje cv było zgodne z prawdą – praca w dużych firmach w Polsce, co prawda na stanowiskach asystenckich czyli też nie jakichś bardzo wysokich, ale za to ze wszystkimi przywilejami, żeby nie zapomnieć o klimatyzacji w biurze i bezpłatnej zielonej herbacie o kilku smakach.

Ale… co powiedzą właściciele barów, gdy zobaczą moje cv, prawdziwe, w którym moje miejsca pracy to poważne firmy, siedzenie za biurkiem, zupełnie inny styl pracy? Pewnie mnie nie zatrudnią. A ja potrzebuję pieniędzy, potrzebuję pracy, więc Olga nie rób cyrków, tylko myśl.

Dlatego puściłam wodze wyobraźni. Nawet bez bólu serca wykasowałam wszystkie dotychczasowe osiągnięcia z mojego cv, wpisałam jakiś bar i jakiś sklep. Co do baru to upewniłam się nawet, że takowy istniał w Warszawie, ale że w dniu, kiedy cv przygotowywałam, był już zamknięty. Jeszcze mi brakowało, żeby jakiś hiszpański właściciel baru, niedowiarek, skontaktował się z barem w Polsce i spytał o mnie i o opinię na mój temat! Strzeżone dwa razy, lepiej strzeżone (czy jak to było).

Poszukałam w necie najtańszego ksero w okolicy i wydrukowałam moje cv, moje nowe cv, nowe życie. I do roboty – zaczęłam roznosić je po okolicy. Każdy bar, każdy hostel, bo w hotelu nie chciałam pracować – nie miałam chyba nawet pieniędzy żeby kupić sobie białą bluzkę, więc póki co za wysokie progi.

No i stało się! Mój telefon, jedna z niewielu prawdziwych informacji, które podałam w cv, zaczął dzwonić.

Pierwsze rozmowy o pracę. Kelnerka.

Przed każdą rozmową powtarzałam sobie to, co wpisałam w życiorysie. Musiałam przecież znać daty poszczególnych zatrudnień, i tak dalej.

Rozmowa pierwsza. Restauracja w Madrycie.

Nie wiem dlaczego, może przez ładne zdjęcie, ale pierwszy telefon otrzymałam z restauracji w Madrycie, mimo że bardziej skupiałam się na barach. Ale nic, idę. Centrum miasta, założę się, że każdy kto był w Madrycie, przeszedł kiedyś tą ulicą (calle Montera, która łączy Gran Vía z Puerta del Sol). Wchodzę. Przedstawiam się. Wołają pana szefa, który przeprowadza ze mną rozmowę.

Nawet mnie nie wypytał o nic, bardziej opowiadał o pracy. Warunki pracy: 5,5 dnia pracy w tygodniu, mój wolny dzień to byłaby środa. Jeden dzień pracy to 12 godzin, wspomniane pół dnia pracy to 6 godzin. Pensja: 1300 euro. Już teraz nie pamiętam nawet czy wszystko oficjalnie, na umowie, czy może część na czarno. Pan zachwycony ilością języków, w których mówię (wtedy wpisywałam sobie jeszcze podstawowy włoski w cv – a co! Ciao bambino!), mówi że do pracy trzeba mieć białą bluzkę (nie koszulę – całe szczęście!) i czarne, eleganckie spodnie. Ups, nie mam spodni. No ale z taką pensją, to będę mogła sobie kupić, a potem ewentualnie załatam jakieś dziury budżetowe.

Uznałam, że zadzwonię do Miguela, wtedy jeszcze mojego chłopaka trochę na serio, ale jeszcze sami nie wiedzieliśmy czy do końca. On mieszkał i pracował w Saragossie – do tej pory, podczas mojego stażu tłumaczeniowego w Madrycie, weekendy były naszymi dniami odwiedzania się! A teraz praca w restauracji miałaby mi je zabrać – jak się będziemy widywać?

Miguel stwierdził, że do mnie przyjedzie nawet w środę, po pracy, albo załatwi sobie pracę w Madrycie na wszystkie możliwe środy, albo weźmie wolne. Nieważne, jeśli chcę tę pracę, to mam ją brać. Coś się wymyśli.

Przespałam się z tematem i uznałam, że 1300 euro to spoko pensja, ale nie warto. Nie widziałam się w tym miejscu. Miałam jeszcze trochę oszczędności, dlatego uznałam, że poczekam. Do pana z restauracji już nie oddzwoniłam.

praca w restauracji madryt hiszpania

Rozmowa druga. Bar. 15 minut spacerkiem od mojego domu.

Druga rozmowa odbyła się w krótki czas po pierwszej i po podjęciu przeze mnie decyzji, że nie pakuję się w taką pracę. Gruby pan właściciel sporego baru w innym turystycznym miejscu Madrytu usiadł ze mną przy stole i zaczął opowiadać mi o warunkach pracy. Niestety miał jakąś wadę wymowy, dlatego nie zrozumiałam wszystkiego, ale najważniejsze rzeczy tak. Praca w czwartek, piątek i sobotę od 19 do 1 w nocy, a w niedzielę od 10 do 15. W sumie 23 godziny tygodniowo, płacił coś około 5 euro za godzinę, co dawało jakieś 120 euro za tydzień. No dobrze, lecimy. Ja się zgodziłam i on też się zgodził.

Pierwszy dzień w pracy. Jako kelnerka. Czarna bluzka, czarne spodnie. Kupiłam sobie w sklepie chińskim czarną bluzkę za kilka euro, bo nie miałam takiej, której nie byłoby mi szkoda. Spodnie miałam z czarnego dżinsu, nie musiały być eleganckie, więc nie miałam kolejnego wydatku. Buty mogły być zwykłe, nawet adidasy. Czułam się w tym jak w ubraniu więziennym, już pierwszego dnia wiedziałam, że znienawidzę to miejsce. Ale myślałam o moich 120 euro, które dostanę, które pozwolą mi zapłacić za mieszkanie, kupić jedzenie, i… niewiele więcej. W zasadzie to jedzenie tez mogłam sobie kupić skromne.

Do pracy miała mnie przyuczać jedna dziewczyna, która nie pamiętam już nawet jak się nazywała. Nazwijmy ją Sonia. Sonia była osobą o niezbyt kompletnym wykształceniu, nie była zbyt bystra, gdy się uśmiechała, to było widać jej braki w uzębieniu, ale za to świetnie się orientowała w byciu kelnerką i w tym jak mi pokazać, że nic nie wiem i nic nie umiem. Ja faktycznie nic nie umiałam, a Sonia to bardzo dobrze wykorzystywała, na dodatek dzieląc się swoimi obserwacjami ze starszym kelnerem, który nazywał się, powiedzmy Mario. Naprawdę już zapomniałam jak się nazywali, to chyba mój mózg wyparł te informacje, gdyż uznał to doświadczenie za zbyt traumatyczne.

Mario był kuzynem Soni, dlatego świetnie się między sobą dogadywali, a komentarze, które rzucali na mój temat, rozchodziły się echem po barze. A mieli ze mnie niezły ubaw. Serio. Przecież ja nawet nie umiałam trzymać tacy z jedną szklanką coca-coli, a zasady kelnerowania w tamtym miejscu (i pewnie w innych też) były takie, że jeśli trzy osoby przy stoliku zamówiły po jednym napoju, to trzeba było na ten piekielnej tacy zanieść im: 3 szklanki wypełnione lodem, 3 butelki napoju. Do czorta z wysokimi, szklanymi butelkami coca-coli, które urządzały sobie na tacy, którą ja niosłam, łyżwiarstwo figurowe i jeździły mi z lewej na prawą.

Pierwszego dnia wylałam na jasne spodnie klienta wino. Kieliszek zjechał mi z tacy i w mgnieniu oka znalazł się w miejscu, którego żaden facet nie chciałby mieć zmoczonego. Wino na szczęście zamówił białe, bo z czerwonym byłoby gorzej. Młody, elegancki chłopak spojrzał na mnie, ja na jego, żeby wybadać stopień jego wkurzenia/zmartwienia czy inną reakcję. Przeprosiłam i powiedziałam, że to mój pierwszy dzień… Ufff, chłopak się zaśmiał. Nie wiem dlaczego tak dobrze odebrał moje przeprosiny, ale ja na jego miejscu na pewno bym się tak kulturalnie nie zachowała.

Po tym wydarzeniu uznałam, że moim celem jest przeżyć każdy kolejny dzień pracy, a w każdą niedzielę odebrać tygodniówkę. Co się stanie po drodze, ile napojów wyleję na klientów lub ile żartów zrobią sobie na mój temat Sonia i Mario, guzik mnie obchodzi. Jeszcze im pokażę.

praca w barze w Hiszpanii zarobki

Nie wiem ile tygodni tam przepracowałam, dwa albo trzy. Ale pewnego dnia, kiedy byłam w Saragossie (w niedzielę po południu jechałam do Miguela i zostawałam tam na kilka dni, w końcu pracowałam dopiero w czwartek wieczorem!), podjęłam decyzję. Nie wracam. W dupie ich mam. Mam dość ich twarzy, dość ich zachowania, dość tego szefa, który zawsze dawał mi wypłatę pod ladą baru, jakby na czarno (wtedy nie interesowało mnie czy byłam zatrudniona oficjalnie, czy nie, nawet lepiej jeśli nie, bo mogłam odejść w każdej chwili).

Zadzwoniłam do szefa z Saragossy. Powiedziałam, że z powodu ważnych wydarzeń w mojej rodzinie nie mogę przyjść więcej do pracy. Pozdrawiam i do widzenia. Juhuuu! Niech żyją tygodniówki! Praktycznie po każdej niedzieli byliśmy rozliczeni, więc ja nic nie traciłam. Nie musiałam się obawiać, że gościu mi obetnie wypłatę.

Decyzja: przeprowadzam się do Saragossy! W Madrycie i tak nie było dla mnie pracy, a przynajmniej będę płacić mniej za mieszkanie! No i będę bliżej Miguela.

Rozmowa trzecia. Elegancka i nowoczesna knajpa w modnej dzielnicy Saragossy.

Po przeprowadzce do Saragossy, powróciła śpiewka szukania pracy. Zaczęłam tak samo, jedyne co to musiałam zmienić w cv adres zamieszkania (dlatego miałam tyle ich wydrukowanych, w nowych cv uwzględniłam też moje ostatnie miejsce pracy w Madrycie – jako kelnerka). Rozdawałam cv gdzie się dało. Starałam się celować w hostele, ale znowu się nie udało. Elegancka knajpa, coś pomiędzy restauracją vintage, a stylowym barem.

– Studiowałaś prawo. Dlaczego chcesz pracować u mnie jako kelnerka? – spytał się pan menadżer.

Prawdę mówiąc tego się nie spodziewałam. W dziedzinie „rozmowy o pracę w Hiszpanii” nie miałam jeszcze zbyt wysokiego levelu. Ups. Powinnam była wpisać sobie w cv jakieś inne wykształcenie. Może takie, jakie miała Sonia, czyli zakończona szkoła w wieku 17 lat?

– Bo taka jest teraz sytuacja. Potrzebuję pracy.

ZONK. Źle, wiem. Nic o tym, co mogę zaoferować, że lubię ludziom podawać jedzenie, nic o tym, że już umiem donieść do stolika tacę z trzema napojami, nic o tym, że chcę dzielić z nimi radość dobrego posiłku ani takie tam brednie. Powiedziałam to, co myślałam, dlatego tej pracy nie otrzymałam.

W knajpie tej byłam już kilka razy i obsługę mają naprawdę świetną. Ja bym im do pięt nie dorosła – na serio.

praca w barze hiszpania saragossa warunki wynagrodzenie

Rozmowa czwarta. Bar studencki.

Praktycznie już w momencie, gdy zaniosłam cv zostałam zatrudniona. Akurat był pan szef, gruby jak beczka, prawie nie mieścił się w drzwi. Powiedział jakie są warunki i że mam przyjść następnego dnia.

Warunki: zarobki 1300 euro netto (z tego oczywiście część na czarno), praca od godziny 13 do zamknięcia baru – do ostatniego klienta, co pomiędzy wtorkiem a czwartkiem i w niedzielę objawiało się o północy, ale w piątek i sobotę bar zamykany był na przykład o 2 w nocy. Wolny dzień: poniedziałek. Ogólna wizja pracy: koszmarna. No ale musiałam zapłacić za wynajem pokoju (nie mieszkałam z Miguelem). Jeśli pomyślisz sobie że spoko wypłata, to przelicz stawkę na godzinę, wychodziło około 5 euro.

Wstawałam około 10 rano, szykowałam się, śniadanie, o godzinie 12 z kawałkiem musiałam wychodzić do pracy. Wracałam o 1, 2 lub prawie 3 w nocy (ten kto pracował w barze wie, że od ostatniego klienta do zamknięcia baru jeszcze długa droga!), spałam te 8 godzin (praca była mega wycieńczająca fizycznie!), wstawałam, musiałam się już szykować do pracy. Na piechotę miałam do domu około 30 minut, nie było dobrego połączenia autobusowego, dlatego po pracy przyjeżdżał po mnie Miguel i odwoził mnie do domu. Nie zawsze mógł, ale zazwyczaj tak. Całe szczęście, bo tak wracać samej po nocy, to nie byłoby zbyt przyjemne.

Nie wiem czy to ja miałam takie (nie)szczęście do współpracowników, a może wszyscy pracownicy barów są tacy. W tym barze studenckim zaczęłam tęsknić za Sonią i jej złośliwymi docinkami. Jako najmłodsza stażem dostawałam najgorsze zadania, nigdy nie jadłam obiadu kiedy byłam głodna (jedna dobra rzecz: w godzinach pracy dawali nam obiad), tylko musiałam zjeść kiedy innym kelnerom pasowało, tuż przed zamknięciem musiałam ustawiać stoliki i krzesła w konstrukcje, które mnie przewyższały jakieś 3 razy, podczas gdy 3 chłopaków tylko się na mnie patrzyło, bo już skończyli swoje zadania… Soniaaa, gdzie jesteś?…

Miguela mogłam widzieć tylko w poniedziałek (czyli mój dzień wolny) po jego pracy, czyli od około godziny 19, oraz w sobotę i w niedzielę rano, ale w te weekendowe poranki nie mogłam się zrelaksować, bo wiedziałam, że zaraz muszę iść obsługiwać Hiszpanów podczas ich obiadu w moim barze. A ja przecież nie po to przyjechałam do Saragossy, żeby go nie widzieć, a po to, żeby lepiej się poznać i spędzać razem więcej czasu.

Wytrzymałam dwa tygodnie. Powiedziałam, że już nie chcę więcej pracować, że praca mi się nie podoba. Zapłacono mi co obiecane, podpisałam dokument, że nie przeszłam okresu próbnego. Było mi wszystko jedno, przeszłam czy nie przeszłam, ja tylko chciałam rzucić tę pracę, która zabierała mi życie.

No i zarobiłam 650 euro. Miałam na mieszkanie na 2-3 miesiące! Juhuuu, witaj życie!

praca w barze hiszpania madryt saragossa warunki

Rozmowa piąta. Gorące kanapki.

Zaproszenie na kolejną rozmowę o pracę jako kelnerka otrzymałam za jakiś miesiąc po rzuceniu mojej traumatycznej pracy w barze studenckim. W  międzyczasie zaczęłam uczyć się francuskiego, postawiłam na szukanie zatrudnienia lepszej jakości. Dostałam kilka drobnych zleceń tłumaczeniowych, znalazłam osobę, której uczyłam polskiego w zamian za niewielkie pieniądze, ogólnie nie martwiłam się już, że nie będę miała co jeść. No ale lepszej pracy ani widu ani słychu.

Bar ten był w rzeczywistości rodzajem hiszpańskiego fastfoodu, jeśli znasz np. Pans&Company to wiesz o czym mówię (to był bardzo podobny bar). Praca polegała na przyjmowaniu zamówień  i pieniędzy przy kasie (jak w McDonaldzie), nalewaniu coli do papierowych kubków i podawaniu odpowiednich kanapek (nie hamburgery, ale kanapki z małych bagietek na ciepło). Dokładnie nie pamiętam już warunków, wydaje mi się, że na umowie miałam 10 godzin tygodniowo za 300 euro miesięcznie. Jednak w praktyce pracowałam pomiędzy 20-25 godzin tygodniowo, co oczywiście odpowiednio odzwierciedlało się w zarabianych pieniądzach. No i fajnie.

Mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że to była najlepsza z moich barowych prac, po części dlatego, że nie musiałam chodzić z tacą, wystarczyło, że stałam przy kasie i nalałam coli – to było dla mnie dużym wytchnieniem. Częściowo dlatego, że nie pracowałam pierdyliona godzin, nareszcie mogłam w jakiś sposób pogodzić zarabianie pieniędzy z szukaniem lepszego życia (czytaj: innej pracy), nauką francuskiego i mogłam też spotykać się z Miguelem. Prawie idealnie, oprócz tego, że codziennie przytrafiał mi się milion sytuacji w stylu:

– Frytki czy sałatka? – jeśli ktoś zamawiał zestaw.

– Tak – odpowiadał rozgarnięty klient.

No ale nic, kilka miesięcy później okazało się, że bar się zamyka. To znaczy szef zamknął bar. Ponoć nie szło. Ja się ucieszyłam, zwalniało mnie to z obowiązku chodzenia tam dalej, w końcu to nie była moja wymarzona praca. Na dodatek dostałam rekompensatę finansową za cośtam, nie pamiętam, sprawdziłam tylko kwotę i podpisałam kwitek.

Świetnie. Mogę zacząć nowe życie, w którym w barach będę się pojawiać tylko jako klientka.

Tak też się stało.

bar praca w madrycie hiszpania

Podsumowanie. Co mi dały takie prace?

Szacunek do pracy kelnerskiej. Teraz wiem, że jest to coś, czego nie chciałabym robić nigdy więcej, ale że jest to bardzo ciężka praca, fizycznie przede wszystkim, wymagająca zręczności, odporności na głupotę ludzką i cierpliwości. Jeśli jakiś kelner wyleje na mnie wino, to postaram się na niego nie zezłościć.

Świadomość, że są na świecie ludzie, którzy pracują, bo muszą, bo nie będą mieli co do garnka włożyć. I że są też tacy, którzy nienawidzą swojej pracy. Nie mówię tylko o typowym lenistwie, „ojej jutro poniedziałek, nie chce mi się iść do pracy”, ale że faktycznie praca może wpływać na jakość życia, poczucie jego sensu, itp.

Także świadomość, że kelnerzy pracują w świątek, piątek i niedzielę. Mając wolny tylko poniedziałek, praktycznie nie wiedziałam co z nim zrobić. Wstawić pralkę? A może iść na spacer? Spotkać się z kimś? Iść do banku zapłacić za mieszkanie? Gdy pracowałam w nocy, okazało się, że nagle o godzinie 18 nie marzę o niczym innym niż o ulokowaniu się na kanapie oglądając serial i pijąc kieliszek wina (hiszpańskiego – na każdą kieszeń!), a tutaj nie, musiałam iść do pracy. Albo kiedy na rocznicę i na walentynki nie dostałam wolnego, tylko musiałam obsługiwać klientów, którzy sami nie wiedzieli czy chcą frytki czy sałatkę.

Wkurzenie na szefów barów za to, że wykorzystują pracowników i sytuację. Moim zdaniem jest to patologia, ale tak rozpowszechniona, że żaden pracownik nie będzie się na to skarżył czy oburzał. Prawie wszyscy oferowali mi kasę na czarno. Aha, no oprócz ostatniego miejsca w kanapkowni, ale tam zastosowano inny trick: na umowie 10 godzin tygodniowo, a wszystkie inne godziny to jakby „nadgodziny”.

Co to oznaczało? Że w przypadku zwolnienia, urlopu itp. otrzymywałam, tak samo jak każdy pracownik tego miejsca, wypłatę za jedynie 10 godzin tygodniowo. Spryciarze, co nie? Ale przynajmniej godziny, które przepracowałam, miałam uwzględnione, zawsze otrzymywałam wypłatę na konto, a nie do ręki.

Oczywiście świadczenia emerytalne czy też do zasiłku dla bezrobotnych były naliczane od tych 10 godzin, a nie od faktycznie przepracowanej ilości godzin.

Jak to ma dobrze wpływać na ekonomię kraju, na budżet pracownika, który oficjalnie zarabia najniższą krajową, a tak naprawdę otrzymuje prawie drugie tyle. Czy jesli kiedyś ta osoba będzie chciała wziąć kredyt, to go otrzyma? Wątpię.

Ostatnie i chyba najważniejsze. Nieważne gdzie wylądujesz, w jak beznadziejnej pracy, zawsze jest wyjście z takiej sytuacji. Ja teraz jestem bardzo zadowolona z mojego życia zawodowego. O wiele bardziej niż mogłam przypuszczać te 4 lata temu.

 

Wyszło trochę długo, jestem ciekawa, czy ktoś ma podobne doświadczenia w hiszpańskich barach? A może zupełnie inne? Czy udało się Ci uniknąć tego okropnego miejsca, jakim jest lada baru z drugiej strony? Jeżeli lubisz pracę kelnera, też możesz coś o tym napisać. W końcu ja przedstawiłam tutaj własny punkt widzenia. I pamiętaj, że pierwszego dnia pracy wylałam wino na klienta 🙂

Nie ma też co demonizować. Jeśli szukasz pracy na wakacje, masz doświadczenie jako kelner, niestraszne jest Ci 12 godzin pracy i praca w niedziele, bo tylko chcesz zarobić, to możesz poszukać pracy w Hiszpanii, na przykład na plaży. Ja w wakacyjnych miejscach nie mam takiego doświadczenia, ale może ktoś coś podpowie w komentarzach jakie są tam warunki pracy?

Ja za kilka dni będę wysyłać najnowsze znalezione przeze mnie oferty pracy w Hiszpanii (z językiem polskim i nie tylko!), dlatego jeśli jeszcze się nie zapisałeś, to możesz zapisać się tutaj (jeśli już się wcześniej zapisałeś, to nie musisz się zapisywać ponownie):

Czy coś Cię zaskoczyło? Masz lepsze, gorsze lub podobne doświadczenia? Podziel się!