Ostatnio fascynuję się nieruchomościami. Mało tego: chcę mieć na własność kilka mieszkań, które potem mogłabym wynajmować i z nich żyć. Bo przecież chcę być bogata. I nie wstydzę się tego (mam wrażenie, że taka chęć jest odbierana jako coś złego, dlaczego? Przecież można być i bogatym i dobrym człowiekiem, nawet jeśli niektórzy w to nie wierzą).

W poprzednim wpisie rozebrałam się aż do paragonów, tzn. podałam wydatki naszej małej polsko-hiszpańskiej rodziny w Madrycie. Moje kursy online, to tylko jedno z moich źródeł zarobków. Kolejnym są tłumaczenia, które bardzo lubię, ale niestety są one dość krótkowzrocznym przedsięwzięciem: zarabiam jedynie wtedy, gdy pracuję. Bardzo to lubię, ale coś mi się wydaje, że moja przyszłość, za jakieś 10 czy 15 lat nie będzie z tym związana. Małe kokosy mogę zbić na tłumaczeniach ustnych, które na dodatek lubię o wiele bardziej niż pisemne, jednak nie ma ich aż tyle, abym mogła dobić tym do moich finansowych marzeń (no… tych kilku mieszkań), dlatego szukam innych dróg. Teraz padło na nieruchomości.

Agent nieruchomości – jak przebiega proces rekrutacji?

Powiem dziś pokrótce o warunkach pracy agenta nieruchomości. Zaaplikowałam na stanowisko agenta nieruchomości do 20 firm w Madrycie, które nie wymagały doświadczenia. Dlaczego? Taka praca wydaje mi się bardzo interesująca, mogę się w niej dużo nauczyć – uważam, że w przypadku moich planów inwestycyjnych to może być połączenie przyjemnego z pożytecznym i z niezłym zarobkiem.

Jeśli jesteś dobry, a na rynku nie ma stagnacji (a na przykład w takim Madrycie już nie ma!), to możesz zarobić kwoty, które nie są na wyciągnięcie ręki osoby, która pracuje na etacie. Nawet robiąc tłumaczenia ustne 😉 To mogłoby mnie zbliżyć do mojego celu: zakupu pierwszej nieruchomości, która mogłaby potem na mnie pracować. Oddzwoniło do mnie 5 firm z 20, do których wysłałam cv, a to wszystko mając na uwadze fakt, że nie mam żadnego formalnego doświadczenia zawodowego w obrocie nieruchomościami! Doświadczenie mam od drugiej strony: jako osoba obserwująca liczne operacje kupna i sprzedaży oraz od trzeciej strony: jako były pracownik kancelarii notarialnej w Warszawie.

Oczywiście biegła znajomość hiszpańskiego jest konieczna. Inne języki też się mogą przydać!

Rozmowy. Zapisałam sobie gdzie i kiedy mam się udać, potem pozostało mi tylko stawić się w wybrane miejsca. Jedną rozmowę odrzuciłam już w momencie gdy zadzwonił do mnie pan z agencji, gdyż znajdowała się ona poza Madrytem, na dodatek z zupełnie przeciwległej strony. No to nic, pozostały cztery agencje.

Wiedziałam mniej więcej czego się spodziewać, gdyż w ogłoszeniach były podane podstawowe warunki, aby nie robić w trąbę tych, którzy myślą sobie o ciepłej posadce za biureczkiem, obsługując ludzi i pokazując im mieszkania z bazy danych, ewentualnie w terenie. Oj nie. Ale to powiem przy każdym ogłoszeniu. Nie będę zamieszczać nazw firm, ponieważ ja naprawdę mam nadzieję zacząć pracować w którejś z nich (jeśli się dogadamy, bo jestem obecnie w fazie negocjacji) i nie chcę tworzyć sensacji. Jeżeli zacznę pracować w/dla którejś z nich, to na pewno to ogłoszę na blogu, spokojna głowa! I zaoferuję tutaj zakup mieszkania w Madrycie!

praca w Hiszpanii agent nieruchomości

Dzień pierwszy, rozmowa pierwsza. Entuzjazm.

Rozmowa o pracę („pracę?” – jeszcze się okaże, a może raczej współpracę 🙂 ) w dużej, znanej agencji nieruchomości. Aby z nimi współpracować, trzeba mieć własną działalność gospodarczą, na dodatek zapłacić prawie 200 euro za szkolenie wstępne i opłatę „wpisową”. Nie wydaje mi się to jakąś dużą kwotą – w końcu aby rozpocząć jakikolwiek biznes trzeba coś zainwestować, albo czas, albo pieniądze. Czasami te dwie rzeczy. Nie mam roszczeń, słucham co mówi pani.

Opowieść o tym, jak barwne jest życie agenta ubezpieczeniowego całkiem mnie emocjonuje – zaczynam sobie wyobrażać, że sprzedaję jedno mieszkanie w tygodniu. Ojojoj, wtedy moje zarobki by się zwielokrotniły… o ile? Przeliczam sobie w głowie, jednak nie daję rady, bo kwoty są tak kosmiczne… W zależności od sprzedanej liczby mieszkań i ich wartości. Aha… no tak, jasne, a co jeśli nie sprzeda się żadnego mieszkania? No po prostu nie ma pieniędzy. Okej. Moja radość rozmywa się we łzach biedy, którą sobie wyobrażam, kiedy pani mówi mi, że zwykle należy spodziewać się pierwszej transakcji po 3, 4 a nawet 5 miesiącach, chociaż i są tacy, którzy zamykają pierwszą sprzedaż dopiero w 6. miesiącu. Aha. Dobrze, przemyślę.

Problemem w Madrycie nie jest sprzedaż mieszkania, bo te idą jak ciepłe bułeczki. Problemem w Madrycie jest znalezienie takiego mieszkania, które ktoś chciałby sprzedać – pani mówi, że jeśli takie mieszkanie już znajdę, to potem jest tylko z górki: kupujący znajduje się w trymiga. No i prowizja, no i znowu cyferki, cyferki, numerki… Odpływam! Na dodatek czuję, że taka praca to dałaby upust mojej energii, której czasami mam w sobie tyle, że nie mogę wytrzymać, czasem dosłownie podskakuję w miejscu, aby się rozładować. A jak trzeba szukać takiego mieszkania? Dzwoniąc do ludzi, przemierzając kilometry po przyznanej dzielnicy w celu poszukiwania mieszkań na sprzedaż, poznawania ludzi, itp..  Serio, nadal mi się to podoba! Przecież nie ma nic gorszego niż siedzenie 10 godzin przed biurkiem i odpowiadanie na maile klientów, ja tam wolę sobie chodzić po mieście! Włączę moją aplikację do spacerowania i będę spalać kalorie. Przynajmniej nie będę musiała chodzić na siłownię po pracy, hihi.

Sądzę, że na tyle wypadłam już z myślenia etatowego, że taka wizja mnie nie szokuje, byłabym skłonna wejść w taki interes, czyli praca bez pieniędzy, ale z wizjami i możliwościami. Mąż mnie sprowadza na ziemię: a jak to, a jeśli nic nie zarobię, a jeśli to, a jeśli tamto. Entuzjazm trochę spada, ale ja już się widzę na tym stanowisku. Jakim stanowisku? Ja się już widzę jako ta agentka!

Firma w zamian za opłatę wpisową oferuje liczne szkolenia (płatne, bezpłatne, co kto woli), marketing, wsparcie marki, pani z którą rozmawiałam ma kilkanaście lat doświadczenia w temacie i mówi, że przeżyła już 3 kryzysy rynku nieruchomości w Hiszpanii, a teraz chce wykształcić nowe pokolenie. Super. Ja mogę być tym pokoleniem. Nie ma stałych godzin, oczywiście firma rekomenduje, żeby poświęcić na pracę około 8 godzin dziennie, ale nikt nikogo nie pilnuje. W sumie – im więcej pracujesz, tym większe szanse masz na zdobycie klientów, prawda? Jest jeden dyżur w biurze w tygodniu, kilka godzin, które są do ustalenia, kto kiedy może. Plus dyżuru jest taki, że jeśli do biura wejdzie klient poszukujący lub sprzedający, trafia on do Ciebie, więc wygodnie siedząc na pupie możesz zdobyć jakiegoś klienta. Super.

Nie mogę się doczekać kolejnych rozmów! Kolejnego dnia mam dwie inne rozmowy.

agent nieruchomości w Hiszpanii praca

Dzień drugi, rozmowa druga. Rozmowa trwająca 5 minut.

Druga agencja, która zaprosiła mnie na rozmowę znajduje się bardzo blisko mnie, żadnego problemu z dojazdem, kilka stacji metra. Jest nieduża, hm, no dobrze, może mniej znana niż ta pierwsza, chociaż istnieje już wiele lat na rynku. Wchodzę. Dzień dobry, nazywam się Olga, miałam umówione spotkanie. Proszę usiąść na sofie. Dobrze.

Biuro już nie takie ładne, powiedziałabym że nawet nieco brzydkie, ale nie bądź Olga taka drobiazgowa, mówię sobie, w końcu to nie jest najważniejsze, nie jestem w Ikei. Czekam. Przy stolikach dla klientów siedzi kilku agentów, jedna pani rozmawia po włosku przez telefon – o, to dobrze, myślę sobie, bo ja przecież znam kilka języków. Nagle wszyscy oprócz jednego pana się zbierają i wychodzą na ulicę, na kawę, nie wiem, a ten oto pan woła mnie do swojego biurka i zaczyna rozmowę. No dobrze, to jak leci, co robisz w życiu, aha, też musisz szukać klientów na swoje tłumaczenia, no dobrze, my tutaj tego, widzisz, agencja, warunki są dobre, ale teraz szefa nie ma, więc ja tak przeprowadzam pierwsze spotkanie, na którym oceniam wstępnie kandydata i jego wygląd, a potem jest drugi etap rozmowy. No dobrze, to Ty już przeszłaś do drugiego etapu, możesz przyjść na drugą rozmowę z szefem w poniedziałek przed południem? Tego, no, warunki są dobre. 

Oniemiałam. Ja na miejscu tego pana zdecydowanie nie mówiłabym tej części zdania o wyglądzie – z tego co się orientuję, nie jest to legalne, a na pewno miłe. Nawet dla mnie, czyli osoby, która przeszła do drugiego etapu. W domyśle: ładnej. Jeśli ktoś nie przejdzie do drugiego etapu, to też się dowiaduje o przyczynie?

Rozmowa się skończyła. Ja na drugie spotkanie pójdę, bo to, że jakiś pan skomentował spotkanie w taki sposób, nie musi źle znaczyć o firmie, ale równie dobrze może. Być może to szef powiedział o tym, że osoby, które przejdą jego filtr, mają być ładne. Nie wiem i tak naprawdę nie chcę wiedzieć.

A dlaczego pójdę na drugie spotkanie? Ponieważ to jest jedyna firma, która oferuje stałe wynagrodzenie, a do tego prowizję, nawet chyba umowę o pracę (co jakoś szczególnie mnie nie motywuje, jako że i tak prowadzę działalność, no ale zobaczymy!). Jestem tego bardzo ciekawa. Co na pewno oznacza sztywne godziny siedzenia w biurze, czyli coś, czego nie lubię, ale w końcu agent też musi być na mieście, na ulicy, więc na pewno nie siedzi się tam przez cały czas na stołku.

Dzień drugi, rozmowa trzecia. Fiasko jak się masz.

Pan zaprosił mnie na rozmowę akurat gdy byłam na lotnisku, wracałam z Polski, szłam z walizką i torbami i kompletnie nie miałam gdzie zapisać sobie adresu ani nazwy agencji. Myślałam, że uda mi się zapamiętać, ale niestety nie udało się. Miałam do niego zadzwonić, ale na szczęście w dniu rozmowy on sam zadzwonił do mnie aby potwierdzić spotkanie, a ja skorzystałam i spytałam ponownie o adres. Okej, sprawdzam na mapie, no nieeeee, kurdeeee!

Na dwie godziny przed spotkaniem zdałam sobie sprawę, że agencja ta 1. znajduje się w miasteczku z zupełnie drugiej strony Madrytu, 2. jest z tej samej sieci co agencja z pierwszego dnia, czyli praktycznie usłyszę te same informacje. No ale nic, powiedziałam A, to teraz muszę powiedzieć B, nie ma co. Jadę. Wydawało mi się, że dobrze odliczyłam czas, ale niestety dotarłam z opóźnieniem. I to dużym. Ponad 20 minutowym.

Na dodatek nie mogłam znaleźć podanego adresu, co chyba nie wpłynęło na plus – w końcu agent nieruchomości musi się świetnie orientować w mieście! Nawet jeśli to jest miejsce, w którym nigdy wcześniej nie był. A na dodatek mapa w telefonie przestała mi działać. Przysięgam!

Przyznam się, że miałam już myśli, żeby po prostu nie pojawić się na spotkaniu. Albo zadzwonić i powiedzieć, że samochód mi potrącił psa i nie mogę dojechać, coś takiego. Ale w końcu pomyślałam sobie: co bym chciała usłyszeć ja na miejscu tego pana?

Zadzwoniłam więc, przeprosiłam, powiedziałam, że dopiero dojechałam, poprosiłam o jak najszybsze wskazówki dojścia (agencja była na terenie osiedla, dużo małych, krętych uliczek i placyków, to nie było łatwe). Pan nie wydawał się wcale poruszony moim spóźnieniem. W końcu trafiłam, miło mnie przywitał chyba najprzystojniejszy facet, jakiego widziałam w życiu (oprócz mojego męża, rzecz jasna!!), udawałam, że wcale nie jestem onieśmielona, chociaż tak było. Czasami tak się w niego zapatrywałam, że aż nie mogłam się skupić na tym, co mówił.

Przeprosiłam jeszcze raz, ale naprawdę miałam wrażenie, że przystojny pan nie robił sobie nic z mojego spóźnienia, może był przyzwyczajony?

Na dodatek dowiedziałam się kilku nowych, interesujących rzeczy, dowiedziałam się jakie są różnice pomiędzy tymi dwoma biurami, które mimo że tej samej firmy, ale działają w nieco inny sposób. Musiałam wypełnić test psychotechniczny, osobowościowy, który sprawił mi dużo radości, bo spośród czterech przymiotników musiałam wybrać jeden, który mnie określa najbardziej i jeden, który mnie określa najmniej, a takich zestawów przymiotników było chyba ze 20. Starałam się nie filozofować za bardzo, chociaż chętnie bym popatrzyła dłużej na te przymiotniki i pozastanawiała się, dlaczego wybrałam tak czy siak. Bardzo pouczający test.

Pan powiedział, że nie ma zupełnie znaczenia, że mieszkam z drugiej strony świata (czytaj Madrytu). Żaden problem, praca w wyznaczonym rejonie, praca w biurze (ten wyżej wspomniany dyżur – ale to tylko raz na tydzień przez kilka godzin, nawet nie cały dzień). Wszystko super. Dziękuję, do widzenia, jesteśmy w kontakcie.

Oczywiście opowiedziałam mężowi o tym spotkaniu, stwierdził on tylko: nie. Tak nie będziesz pracowała. Bo jest ten przystojny pan. No w żarcie, rzecz jasna.

praca agencja nieruchomości w Hiszpanii

I co teraz? Czy będę agentem nieruchomości?

Czy ten wpis będzie miał ciąg dalszy? Nie wiem, być może. Za kilka dni mam kolejne spotkanie, które rozstrzygnie (prawdopodobnie) sprawę. Jestem w trakcie negocjacji, a na dodatek skontaktowała się ze mną jedna firma, która przedstawiła mi bardzo interesującą propozycję tłumaczeniową, nad którą z przyjemnością się pochylę. Wszystko się wyjaśni już za kilka dni.

 

Jeśli Ci się podobało, udostępnij u siebie! Dzięki!