//Praca w Hiszpanii: agent nieruchomości. Jak wygląda od zaplecza? Cała prawda.
praca jako agent nieruchomości w Hiszpanii

Praca w Hiszpanii: agent nieruchomości. Jak wygląda od zaplecza? Cała prawda.

Po napisaniu TEGO WPISU na temat pracy w Hiszpanii jako agent nieruchomości rozpoczęłam współpracę z inną firmą, dla której pracowałam jako tłumaczka i ogarniaczka ich życia w Hiszpanii (długoterminowy projekt, ponad rok). Gdy ten dobiegał końca, powróciło moje marzenie o zostaniu agentem nieruchomości. Zwykle w życiu próbuję tego, czego chcę, dlatego po uzyskaniu aprobaty mojego męża postanowiłam rzucić się na głęboką wodę. Aprobata męża była mi potrzebna, ponieważ zajęcie się nieruchomościami oznaczało, że przez jakiś czas mój wkład ekonomiczny w naszą małą rodzinę znacznie się obniży, przynajmniej do czasu pierwszej transakcji. Mąż nie miał żadnych zastrzeżeń, tak naprawdę to sam był ciekaw jak taka praca wygląda. Jeśli nie czytałeś jeszcze powyższego wpisu albo nie pamiętasz dokładnie co tam napisałam, serdecznie polecam kliknięcie i zerknięcie – już tam opisałam częściowo jak wygląda praca jako agent.

Uprzedzam, że nie zdradzę nazw agencji, nie o to chodzi w tym wpisie, a raczej o to, żeby każdy wiedział, jak wygląda praca agenta nieruchomości i żeby potem wiedział na co ma zwrócić uwagę, jeśli zdecyduje się na taką przygodę.

Wiele z tych rzeczy, które wypiszę mogą się tyczyć pracy agenta nieruchomości nie tylko w Hiszpanii, jednak ja zaznaczam, że moje doświadczenia dotyczą tylko rynku hiszpańskiego i… no właśnie,  tylko mojego osobistego doświadczenia. Bardzo chętnie przeczytam opinie innych osób, które mają do czynienia z tematem nieruchomości, które być może współpracują z agentami albo które same posiadają agencję albo pracują dla agencji w Hiszpanii, a przede wszystkim ludzi, którzy mają większe doświadczenie w tej branży. Dlatego artykuł ten jest skierowany głównie do osób, które są zainteresowane podjęciem pracy jako agent nieruchomości w Hiszpanii, w realiach madryckich (nie wiem jak jest w innych miejscach), ale nie mają pojęcia o tym, jak taka praca wygląda, co trzeba robić itp. – jak ja niecały rok temu.

Praca dla agencji nieruchomości w Madrycie

Ponownie poszłam na kilka rozmów, w jednej z agencji całkiem mi się spodobało, być może dlatego, że jedna z jej właścicielek mówiła do mnie bardzo empatycznym językiem, nic że zyski i pieniądze, nic że sprzedawać, ona mi opowiadała o tym, że najważniejsze dla niej to mieć zadowolonych klientów! I tak mi pięknie o tym opowiadała, że uwierzyłam, no bo ja sama wiem, że to takie ważne mieć zadowolonych klientów jeśli sprzedaję kursy internetowe hiszpańskiego, więc jeśli sprzedaję domy ludziom, to przecież to też jest takie ważne. A tak naprawdę to nie trzeba sprzedawać ludziom domów tylko ich wymarzone życie, bez tego sąsiada dupka co mają teraz nad sobą w bloku w wynajmowanym mieszkaniu i który w soboty wieczorem urządza sobie głośne sesje reggeatonu, im można zaoferować wyśniony dom z pięknym ogródkiem jak z filmu, z wielkimi oknami, przez które wpadają promienie słońca nawet w jesienne dni, a obok kominka będzie leżał błogo ich golden retriever, którego teraz muszą wyprowadzać na 1 metrze kwadratowym trawnika, jedynym na osiedlu…

No więc mówię, urzekło mnie. Powiedziałam, że OK, zastanowię się, ale w duszy już się zastanowiłam, ja chciałam sprzedawać takie domy ludziom, to musi być piękne, to jest dopiero super praca! A na dodatek jeszcze, jeśli ktoś nie jest tak bardzo bogaty, żeby kupić sobie dom za własne pieniądze, bo ich jeszcze nie zarobił, tylko chciałby kupić dom za pieniądze banku – też firma miała na to rozwiązanie, ta agencja nieruchomości (jak każda chyba – ale o tym jeszcze nie wiedziałam) pośredniczy w pomocy w otrzymaniu kredytu, co nie wiem dokładnie na czym polegało i czy każdy nawet biedak dostawał ten kredyt, ale też mi została obiecana za to prowizja, więc podobało mi się to poczwórnie: nie dość że pomagam ludziom, to wyzwalam ich od sąsiada dupka co słucha głośno muzyki, to jeszcze spełniam ich marzenia, a na dodatek pomagam im otrzymać kredyt hipoteczny bez zbędnych formalności, a ja dostaję prowizję za sprzedaż tego domu i prowizję za pośrednictwo w kredycie… No kto mi powie, że to nie brzmi super?

Próg wejścia – czy jest trudno zostać agentem nieruchomości w Hiszpanii?

Nie, nie jest trudno. Wystarczy że mówisz dość dobrze po hiszpańsku i masz odpowiednie nastawienie (co w większości przypadków oznacza gotowość do założenia działalności gospodarczej i fakt, że oznajmisz na rozmowie że jesteś przygotowany na to, że przez pierwszych kilka miesięcy możesz nic nie zarobić). Wszyscy o tym zawsze mówią na rozmowach, „czy zdajesz sobie sprawę, że przez kilka miesięcy możesz nic nie sprzedać?”. Dobra prezencja też się przyda, ale nie mam na myśli mocnego makijażu czy koniecznie garnituru na rozmowę (chociaż na pewno eleganckie ubranie zostanie docenione), a raczej schludność. Czy klient, który ma mieszkanie warte 600 000 euro by mi je powierzył do sprzedaży na podstawie mojego wyglądu? – to może być dobre kryterium.

Aha, jeszcze jedna sprawa. W agencji, z którą zaczęłam współpracować ja, akurat pilnie szukali agentów, otwierali nowe biuro i chcieli je zapełnić, tam praktycznie nie było żadnego progu wejścia. Osoby przychodziły na rozmowę kwalifikacyjną i od razu zostawały na szkoleniu, które się odbywało codziennie. Agencji w niczym to nie szkodziło – przecież z nikim nie podpisywali umowy o pracę, o czym poniżej. Nie chcę żeby to zabrzmiało rasistowsko, ale chcę pokazać stopień – co dokładnie oznaczało „pilne” szukanie agentów: został przyjęty nawet 19-letni chłopak z Afryki, który nie potrafił sklecić poprawnie jednego zdania po hiszpańsku… Po kilku tygodniach, żeby nie powiedzieć dniach (już dokładnie nie pamiętam) odszedł. Domyślam się, że nie w każdej agencji jest tak samo – jeśli jakaś agencja ma już zbudowany zespół i tylko chcą go powiększyć, to proces rekrutacji jest o wiele bardziej dokładny. Jeśli jednak pójdziesz na rozmowę do pięciu agencji i w żadnej cię nie przyjmą – moim zdaniem coś jest nie tak. 

Dodam jeszcze swoją obserwację: zbyt młody wygląd też nie jest zbyt dobrze widziany przez klientów, mimo że Hiszpanie to bardzo tolerancyjny naród, ale rozumiem również takie podejście, być może nawet podświadome, typu „ojej, ten dzieciak będzie sprzedawać moje mieszkanie, mój cały dobytek życia?”.

Umowa z agencją nieruchomości 

Najczęściej musimy podpisać umowę o współpracy, w której będą określone konkretne zagadnienia, na przykład zakaz nieuczciwej konkurencji (typu sprzedawanie nieruchomości poza agencją), zakaz pracowania niezgodnie z zasadami agencji, zostanie szczegółowo opisany system przyznawania i wypłacania prowizji i wiele innych ważnych rzeczy. Zwykle taka umowa ma kilka stron, polecam przeczytać je w spokoju i dopytać o szczegóły. Polecam także dowiedzieć się jak wygląda dokładnie sprawa z okresem wypowiedzenia – może się to okazać przydatne jeśli po jakimś czasie będziemy chcieli zrezygnować ze współpracy albo przenieść się do innej agencji.

W większości przypadków będziemy musieli podpisać umowę z agencją jako autónomos, osoby prowadzące działalność gospodarczą. Warto o tym pamiętać. Chociaż zdarzyło mi się, że jedna agencja proponowała mi umowę o pracę, na pierwsze trzy miesiące (za bardzo niską stawkę, prawie najniższą krajową, na pewno poniżej 1000 euro, ale czy to było 800 czy 900 euro to już nie pamiętam), później należało przejść „na swoje”. Z założeniem działalności gospodarczej w Hiszpanii oczywiście wiążą się wydatki, takie jak comiesięczna płatność za Seguridad Social („ZUS”), opłata za księgową, jeśli zdecydujemy się na taką opcję. Więcej na temat prowadzenia działalności gospodarczej w Hiszpanii napisałam TUTAJ, możesz sobie przeczytać. Nie jestem księgową, dlatego nie wdaję się w szczegóły na temat podatków itp.

Szkolenia na agenta nieruchomości 

W dobrej agencji otrzymamy serię szkoleń, najczęściej grupowych, ale mogą się też zdarzyć indywidualne, jeśli agencja jest mniejsza. Jeśli ktoś nie ma doświadczenia (jak ja nie miałam) jest to absolutna podstawa aby rozpocząć pracę! Dlatego warto upewnić się przed rozpoczęciem współpracy, że zostaniemy dogłębnie poinstruowani jak pracuje firma, jak mamy pracować my, jak szukać klientów i jak obsługiwać ich pod względem prawnym, jakie wsparcie oferuje agencja klientom i agentom (najczęściej kompleksowe, ale warto dopytać), czy w razie problemów oferuje także opcję ich rozwiązania czy umywa ręce itp.

Na co zwrócić uwagę wybierając agencję nieruchomości, dla której chcemy pracować?

MARKA.

Chcesz pracować w znanej czy nieznanej agencji nieruchomości? Każda z tych opcji ma swoje plusy i minusy. Większe i znane agencje mają to do siebie, że mogą wzbudzać większe zaufanie, ale jednocześnie mogą budzić niechęć, szczególnie jeśli ktoś ma negatywne doświadczenia z innym agentem z tej samej sieci. Zwróć uwagę także na to, jak pracuje się w danej firmie, tzn. czy agencja naciska na to, abyś stawiał na siebie jako na „niezależnego agenta wspólnika agencji X”, czy jako „agenta z firmy Y” i z którą opcją będziesz się czuł lepiej. W agencji gdzie ja zaczęłam pracę szefowie bardzo naciskali na tę pierwszą opcję, sama nie wiem czy to było lepsze czy gorsze, ale wydawało mi się, że u niektórych klientów wywoływało niewielką konsternację, „jak to, to pani pracuje dla nich czy nie?”, a inne osoby uznawały to jako oznakę prestiżu „ojej, jak wspólniczka to pewnie gruba ryba”. No ale tak jest, nigdy się nie dogodzi nikomu w 100%.

Wielu klientów, z którymi rozmawiałam, mówiło wprost, że chcą współpracować „tylko z małą agencją z dzielnicy”, żadnych sieciówek. Inni wiedzieli, że sieciówki mają dostęp do większej liczby potencjalnych kupujących, współdzielą się ofertami w systemie MLS (do którego należy wiele agencji i wielu agentów może zobaczyć ich nieruchomości i zaprezentować je swoim klientom). Więc jak mówię, wszystkim nie dogodzisz.

PIRACI.

Istnieją agencje, które są określane właśnie tak po hiszpańsku: „piratas”. Ze względu na sposób pracy, na prowizje, które pobierają zarówno od sprzedającego, jak i kupującego (nie chodzi o sam fakt, bo jeśli osoba zgodzi się na jakąś cenę czy opłatę to wszystko gra, ale o to, że najczęściej jest to ukrywane). Strona kupująca myśli, że jest jedyną, która płaci prowizję, tak samo myśli strona sprzedająca. Podczas podpisania aktu notarialnego wszystko wychodzi na jaw, ludzie najczęściej nie są zadowoleni. Oczywiście zwykle wtedy już nikt się nie wycofa z transakcji, ale taki klient na pewno nie wróci do takiej agencji (i takiego agenta), tym bardziej nie poleci jej dalej, gdyż żadna ze stron nie poczuła się prawdziwie reprezentowana, w takim przypadku agent „pracował” (bo skoro otrzymuje wynagrodzenie, to pracował) dla dwóch stron. Ja jako sprzedająca nie poczułabym się dobrze – nie miałabym 100-% pewności, że agent naprawdę chciał wynegocjować dla mnie jak najwyższą cenę sprzedaży i na odwrót, widzę tu konflikt interesów. Pomyśl jak się czujesz z taką sytuacją, czy ma to dla ciebie znaczenie.

DZIELNICA.

Niektóre agencje mają ścisły przydział dzielnic, masz swój wytyczony rejon, w którym masz pracować. Innym z kolei jest to obojętne – ja usłyszałam w mojej agencji takie zdanie od kierowniczki „a kim ja jestem, żebym ci mówiła gdzie masz szukać mieszkań?”. Jednak to nie jest takie popularne podejście, wiem, że są agencje, które odbierają ci połowę prowizji (!), jeśli sprzedasz mieszkanie poza swoją wyznaczoną dzielnicą, a inne po prostu nie chcą, żeby agenci z tego samego biura deptali sobie po piętach i wyznaczają im strefy wpływów. Warto się zastanowić czy któraś opcja interesuje cię bardziej lub mniej – wiadomo, są dzielnice z tańszymi i droższymi mieszkaniami, co przekłada się na wysokość prowizji, ale także na trudność w zdobyciu takiej nieruchomości na sprzedaż. O tym będzie poniżej.

SPRZEDAŻ CZY WYNAJEM?

Mogą cię zapytać (mnie zdarzyło się to tylko w jednej agencji, dość znanej zresztą) czy wolisz zajmować się sprzedażą czy wynajmem mieszkań. Bez wdawania się w szczegóły, zasadnicza różnica jest taka, że sprzedaż mieszkania oferuje ci większą prowizję, ale będziesz musiał na nią dłużej czekać (trudniej zdobyć mieszkanie, transakcja trwa dłużej…), a wynajem to szybsze pieniądze, ale oczywiście niższe. W wielu agencjach nie ma to różnicy, możesz zajmować się zarówno jednym rodzajem transakcji, jak i drugim, co ci wpadnie.

JAK PRACUJE AGENCJA – CZY NA WYŁĄCZNOŚĆ?

Postaram się wyjaśnić to zagadnienie, choć jeśli ktoś pracował w jakiejś agencji albo sprzedawał czy kupował mieszkanie, pewnie będzie wiedział o co chodzi. Na czym polega praca agencji „na wyłączność”? Na tym, że oddając mieszkanie agencji, aby dokonała jego sprzedaży, jednocześnie zobowiązujesz się do tego, że nie będziesz dokonywać żadnych akcji mających na celu sprzedaż nieruchomości. Nie możesz zamieszczać ogłoszeń na portalach na własną rękę (chociaż niektóre agencje się na to zgadzają), a nawet jeśli mieszkanie zostanie sprzedane np. twojemu kuzynowi albo córce sąsiadki, to i tak będziesz musiał odpalić część prowizji agencji (najczęściej połowę, oczywiście zależy od umowy, którą radzę dobrze przeczytać). Założenie jest takie, że podpisując umowę na wyłączność agent zajmuje się Twoim mieszkaniem i poświęca mu X godzin robiąc Y wyznaczonych rzeczy (zbiera dokumenty, sprawdza stan prawny mieszkania, pomaga właścicielowi w rozwiązywaniu problemów, no i oczywiście reklamuje nieruchomość na portalach internetowych, aktywnie szuka klientów – oczywiście warto dopytać jakie czynności wchodzą w ten zakres, zarówno jeśli chcesz być agentem, jak i sprzedającym), co teoretycznie jest lepszym rozwiązaniem dla sprzedającego, który może czuć się „zaopiekowany”. Piszę teoretycznie, bo nie wszyscy agenci poświęcają tyle czasu na zarządzanie sprzedażą mieszkania, jak obiecali klientowi, dlatego też, jeśli po kilku miesiącach mieszkanie nie zostało sprzedane, klient się denerwuje i zaczyna narzekać i mówić, że „te umowy na wyłączność to jednak bez sensu i że ma przy nich związane ręce” gdyż nie może udać się do innej agencji do czasu wygaśnięcia umowy (w Hiszpanii mogą to być zarówno 2 miesiące, jak i 6 miesięcy), co prowadzi do tego, że dość trudno jest zdobyć klienta, z którym można podpisać taką umowę. No i prowadzi do tego, że trudno jest zarobić!

W drugim przypadku, czyli bez podpisania umowy na wyłączność, podpisuje się jedynie zlecenie sprzedaży mieszkania (nie wiem jak się to fachowo nazywa po polsku, po prostu zlecamy agentowi sprzedaż na takich i takich warunkach), ale nie ma tutaj wyłączności, co oznacza, że można sprzedawać mieszkanie na własną rękę, że jeśli mieszkanie zostanie sprzedane sąsiadowi, to nie będzie trzeba nic płacić agencji, a na dodatek można z takim mieszkaniem pójść do kilku agencji i tam je zgłosić do sprzedaży. Może się wydawać, że to jest lepszy sposób niż pracować tylko z jedną osobą, ale nie do końca tak jest (albo powiedzmy, że zależy od rodzaju nieruchomości i od wielu innych czynników). Taki agent, który „bierze” mieszkania jak leci, bez wyłączności, pracuje dla osoby kupującego – bo ma dużą bazę danych. Kiedy do biura agencji wchodzi klient, który szuka sobie wymarzonego lokum, takiemu agentowi nie zależy specjalnie na tym, żeby sprzedać akurat tę konkretną nieruchomość od pana García, jemu zależy na tym, aby sprzedać jakąkolwiek nieruchomość, czyli on nie pracuje dla sprzedającego, jego klientem docelowym jest kupujący.

Wydaje mi się, że jako początkujący agent, trochę łatwiej jest zacząć w tym drugim systemie, bez wyłączności, posiadając bazę danych, bez konieczności poszukiwania klienta, który zgodzi się na podpisanie umowy na wyłączność, ale znam też agentów, którzy zaczęli podpisywać te umowy na wyłączność bez wcześniejszego doświadczenia.

Obydwa sposoby pracy są OK, ale warto je poznać, aby dopasować je też do swoich predyspozycji i potrzeb. Ja na przykład zdecydowanie wolę mieć dużą bazę ofert mieszkań – ponieważ w taki sposób mogę je na przykład prezentować na mojej stronie internetowej, nie ma dla mnie aż takiego znaczenia, że tę samą ofertę ma być może jeszcze jakaś agencja. Zauważyłam jednak, że nikt nie mówi o tym na rozmowach kwalifikacyjnych w agencjach, na żadnej rozmowie mi o tym nie powiedziano – o sposobie, jak agencja pracuje i w jaki sposób tworzy swoją bazę danych i czy podpisuje umowę na wyłączność. A ja, zielona w temacie, oczywiście nie miałam pojęcia i nie zapytałam!

Oczywiście jest to nieco uproszczone. Trudno wyjaśnić w jednym artykule na stronie jak dokładnie działają agencje, ale to tak z grubsza. I oczywiście to jest moja opinia, jeśli masz inną – podziel się nią tutaj!

JAKIE ZADANIA MUSISZ WYKONYWAĆ JAKO AGENT?

Oczywiście: sposób pracy, który z wymienionych powyżej? Ale zacząć trzeba od tego, żeby mieć w ogóle jakieś spotkania z klientami w ich mieszkaniach, aby móc im przedstawić ofertę agencji. A w jaki sposób pozyskuje się klientów i spotkania z nimi? Najczęściej po prostu TELEFONUJĄC! Znaczna część dnia pracy agenta nieruchomości to dzwonienie na numery telefonów podane w ogłoszeniach sprzedaży nieruchomości, aby pogadać z właścicielem, żeby nam pozwolił wpaść na chwilę do jego mieszkania i je zobaczyć, a także przedstawić nasz sposób działania. Problem? Ja widzę kilka.

Po pierwsze: w wielu ogłoszeniach jest napisane „abstenerse agencias”, co oznacza, że osoba nie życzy sobie telefonów od agencji. Czasem nawet sprzedający idzie dalej i pisze w ogłoszeniu kompletne zdanie, że nie jest zainteresowany żadnym rodzajem pośrednictwa, chce sam sprzedać nieruchomość i prosi, aby do niego nie wydzwaniać. Co mówią na to szefowie agencji? OLAĆ i też zadzwonić. Dla mnie takie ogłoszenia były chyba najgorsze, starałam się nie dzwonić albo odłożyć je na sam koniec. Według mnie jest to łamanie ustawy o ochronie danych osobowych – nie wiem jaka jest oficjalna interpretacja, ale jeśli gdzieś jest podany numer telefonu, nawet publicznie, ale jest napisane, że TAKIM FIRMOM DZIĘKUJEMY – to wydzwanianie do ludzi w celu zaoferowania im swoich usług (bądź co bądź, jako firma) wydaje mi się szczytem nachalności. Dobra strona tej niewygodnej sytuacji jest taka, że Hiszpanie są jednak chyba trochę bardziej pogodni niż Polacy i kiedy dzwoni się do nich pomimo „zakazu”, wiele osób bardzo miło odpowiadało na telefony, wyjaśniali przyczyny dlaczego nie chcą pracować z agencją, a że już pracują z jedną agencją na wyłączność i mogą mieć jedno ogłoszenie z własnym numerem telefonu i nie mogą pracować z większą liczbą agencji, a że zdecydowali wspólnie z rodziną, że na razie chcą sami sprzedać mieszkanie, a to że cena nieruchomości jest bardzo niska i oni muszą spłacić hipotekę… itp – tak, dzielili się takimi szczegółami z nachalnie dzwoniącym agentem… Wydaje mi się, że wielu Polaków (i ja sama także) by odpowiedziało „dziękuję, nie chcę współpracować z agencjami” – i odłożyło słuchawkę.

Drugim problemem jest to, że nasza agencja nie jest jedyną w Madrycie, która ma chętkę na to, żeby sprzedać mieszkanie pana García, dlatego możemy być prawie pewni, że tego samego dnia otrzymał on co najmniej 20 telefonów od innych agentów, być może nawet z naszej agencji (jeśli każdy może mieć rejon miasta taki, jaki chce…to każdy może sobie wybrać ogłoszenia, na które dzwoni). Dlatego może być już co najmniej znużony koniecznością odpowiadania na takie same pytania i gierki psychologiczno-marketingowe agentów, skutkiem czego może być opryskliwość, a nawet odłożenie telefonu gdy tylko agent się przedstawi i powie, że nie jest osobą prywatną. Warto się na to nastawić, bo kilka pierwszych razów, kiedy taka sytuacja ma miejsce, może być trudnych. Ale jak mówię – większość osób jest dość miła i nawet jeśli nie jest zainteresowana, to asertywnie mówi że „nie, dziękuję, nie jesteśmy zainteresowani”. Oczywiście tutaj reakcja zależy od agenta i jego motywacji (względnie natarczywości – jak zwał tak zwał), może on powiedzieć, dziękuję, w takim razie życzę miłego dnia, ale zgodnie ze wskazówkami każdej agencji nieruchomości powinno się cisnąć dalej, „a dlaczego, a czy pracuje pan już z jakąś agencją, a może się spotkamy na jedno niezobowiązujące 5-minutowe spotkanie”, itp itp. I czasami działało.

Gdy już uda się nam umówić spotkanie, a zgodnie z wytycznymi agencji, w której pracowałam, należało mieć co najmniej jedno spotkanie dziennie czyli pięć w tygodniu – czego praktycznie nikt nie był w stanie spełnić, przynajmniej z osób całkowicie początkujących – trzeba było się do takiego spotkania przygotować (sprawdzić ceny nieruchomości w okolicy, jakie są inne ogłoszenia, sprawdzić czy ta sama nieruchomość jest dostępna w ogłoszeniach innych agencji, itp. Z każdym kolejnym spotkaniem było to już o wiele łatwiejsze). Po fakcie te spotkania należało omawiać z kierownikami agencji (była do tego jedna, specjalnie wyznaczona osoba, do której niby zawsze mogliśmy się udać po pomoc, ale w praktyce zawsze była zajęta jakimiś ważniejszymi sprawami), co się udało, co się nie udało, dlaczego klient nie podpisał umowy.

Gdy komuś udało się podpisać umowę, następowała wielka powierzchowna radość w biurze. Bo z prawie 30 osób tylko kilka miało podpisaną jakąś umowę (niektórzy nawet po kilka). Brawo, gratulacje, 30 wiadomości z gratulacjami na Whatsappie, a potem każdy wracał do swoich zadań, najczęściej do wykonywania nachalnych telefonów, bo skoro nie masz żadnego klienta, to musisz go znaleźć.

Po podpisaniu umowy, szczęśliwiec musiał zabrać się za takie rzeczy jak skompletowanie dokumentów, zorganizowanie profesjonalnej sesji fotograficznej nieruchomości, ogłaszanie mieszkania gdzie się da, kontakt ze sprzedającym, pokazywanie mieszkania potencjalnym klientom, zachwalanie go itp. Jak się okazało (już po moim odejściu z agencji) przez kilka miesięcy nie została sprzedana żadna nieruchomość… Później trochę się polepszyło, ale niewiele. Agencja nie ruszyła z kopyta, na dodatek zmieniła nazwę, markę, branding, jak to się nazywa. Wszystko inaczej, agenci od nowa muszą wyrabiać wizytówki (oczywiście na swój koszt, a 500 sztuk wizytówek, które pozostały z poprzednią nazwą firmy – do kosza). No ale mnie już tam nie było, więc nie będę narzekać. Gdy dochodzi do sprzedaży, agent oczywiście towarzyszy sprzedającemu podczas podpisywania umowy przedwstępnej oraz u notariusza, komunikuje się w imieniu sprzedającego z kupującym. A później pobiera swoją wymarzoną prowizję.

WYSOKOŚĆ PROWIZJI.

Przejdźmy teraz to tego tematu – jest to bardzo ważne. Pamiętasz jak opisywałam dwa modele pracy agencji nieruchomości? Jeden z umową na wyłączność, w którym agent pracuje dla sprzedającego, a drugi bez umowy na wyłączność, w którym agent wyszukuje mieszkanie bardziej dla kupującego (a nie pracuje dla konkretnego sprzedającego – jest mu wszystko jedno czy sprzeda mieszkanie A czy B, byle sprzedać). Zwykle (nie mówię że zawsze) sprawa prowizji wygląda tak,że posiadając umowę na wyłączność, prowizja jest wyższa – agencje zakładają, że wtedy agent musi się bardziej napracować. W takich przypadkach spotkałam się z prowizjami w wysokości 5-7,5% od wartości nieruchomości, uwaga, oczywiście netto (plus hiszpański podatek VAT – IVA – 21%)! Policz to sobie, jeśli mieszkanie jest warte na przykład 300.000 euro, co w Madrycie jest dość średnią ceną, wychodzi już niezły zarobek (nawet jeśli agent musi się nim podzielić z agencją). Jeżeli agent pracuje nie na wyłączność, ma po prostu nieruchomość w swojej bazie danych, zwykle pobiera 2-4% wartości nieruchomości. Spotkałam się też z jakimiś internetowymi tworami w stylu „agencja internetowa, pobieramy jedynie 1990 euro za nieruchomość, niezależnie od jej wartości”, ale nie miałam z nimi do czynienia.

GODZINY PRACY I OBECNOŚĆ W BIURZE.

Jedną z rzeczy, która nie podobała mi się w agencji, dla której pracowałam, było to, że podczas rozmowy zostałam zapewniona, że godziny pracy są absolutnie elastyczne, że nie ma obowiązku przychodzenia do biura, jedynie trzeba się pojawiać raz w tygodniu na godzinę na spotkanie całej ekipy żeby omówić najważniejsze sprawy. Oczywiście po obowiązkowym szkoleniu, które swoją drogą było bardzo interesujące (do czasu… też o tym opowiem). W tzw. międzyczasie nadal chodziłam na spotkania tłumaczeniowe z moimi klientami, musiałam być też dyspozycyjna dla nich, czasami zdarzało się, że ktoś dzwonił z kilkudniowym wyprzedzeniem i potrzebował tłumacza ustnego na spotkanie biznesowe czy do lekarza, nie chciałam rezygnować z tych zleceń, gdyż to one dawały mi zyski.

Z biegiem czasu okazało się jednak, że jeśli ktoś nie pojawiał się któregoś dnia w biurze na codziennym porannym szkolonku i motywacji o godzinie 9.30 (trwało to około 2 godzin), to był praktycznie „wzywany” do złożenia wyjaśnień na wspólnej grupie na Whatsappie, gdzie byli wszyscy agenci. Czyli na przykład: nie poszłam do biura na poranną sesję, to zaraz otrzymywałam wiadomość (którą mogli zobaczyć wszyscy, rzecz jasna) „Olga, coś się stało, że nie przyszłaś dzisiaj na szkolenie?”. Co mnie dość denerwowało: nikt nie płacił mi za to, że pojawiam się w biurze, nikt mi nie powiedział z góry, że takie szkolenia-praktyki-spotkania motywacyjne będą obowiązkowe, praktycznie od poniedziałku do piątku, nikt mi nie powiedział, że jeśli nie pojawię się raz, to od razu będę musiała składać publiczne wyjaśnienia. Czyli z „wolnego zawodu” przekształcało się to w „zawód kontrolowany”.

SZKOLENIA „MOTYWACYJNE”.

Od czasu do czasu szefowie agencji proponowali nam dodatkowe szkolenia motywacyjne i inne (typu efektywna komunikacja; jak słuchać, żeby zrozumieć, nie martw się jeśli usłyszysz 100 razy NIE, bo później przyjdzie TAK itp.). Rozumiem, że miało to na celu utrzymanie wysokiego morale w zespole, żeby agenci nie odchodzili, jeśli po miesiącu czy dwóch nie mają żadnej nieruchomości, żeby otrzymywali wiedzę bezpłatnie i na wyciągnięcie ręki, bo dla wielu z nas to był pierwszy kontakt z nieruchomościami. Czasami jednak te szkolenia były bardzo improwizowane – na przykład w środę po południu otrzymywaliśmy wiadomość na owej grupie na Whatsappie, że w czwartek o godzinie 10 jest szkolenie na temat taki i owaki. Obecność obowiązkowa! Dla Hiszpanów, którzy żyją z dnia na dzień może nie było to jakimś strasznym nadużyciem (chociaż i tak słyszałam narzekania na to, że kursy planowano bez wyprzedzenia), ale dla mnie to było strasznym zaburzeniem kalendarza. Oczywiście jedynym możliwym powodem, aby nie pojawić się na szkolonku było umówione wcześniej spotkanie z klientem w jego mieszkaniu, w celu (próby) podpisania umowy. Oczywiście później delikwent, który miał niby to spotkanie z klientem, musiał opowiedzieć jak to spotkanie mu poszło, z jakim wynikiem, czy podpisał umowę (najczęściej oczywiście NIE), nie ma tanich wymówek.

Czyli kontrola po raz kolejny, a do tego pouczenia, że „jeśli nie będziesz przychodzić na szkolenia, to nie odniesiesz sukcesu”. Po dziurki w nosie mieliśmy tych szkoleń, szczególnie motywacyjnych! Tam się trzeba było do roboty zabrać, a nie siedzieć przy stole i debatować. Przypominam, że wszyscy byliśmy po długim (wielodniowym), obowiązkowym szkoleniu na temat tego, jak wygląda praca agenta, na temat kwestii prawnych (dość szczegółowo!), na temat kwestii psychologicznych (np. jak sprawdzić czy sprzedający naprawdę ma motywację do sprzedaży, jak sprawdzić czy kupującemu podobało się mieszkanie, jak dotrzeć do jego obaw związanych z zakupem mieszkania i je zniwelować itp itp).

ŁOWCY GŁÓW.

Jeśli pięknie wypełnisz swój profil na Facebooku i na Linked In, a na dodatek okaże się, że szybko znajdziesz jakichś klientów wraz z ich nieruchomością, może się okazać, że po jakimś czasie zaczniesz otrzymywać telefony od szefów filii innych marek agencji nieruchomości, którzy będą proponowali ci spotkanie w celu przejęcia cię. Dlatego wspomniałam, że było ważne, aby dowiedzieć się dokładnie jak wygląda ten okres wypowiedzenia współpracy i jego warunki. Nigdy nie zaszkodzi być poinformowanym, albo jeśli coś ci się nie podoba, zmienić miejsce pracy.

Hiszpanów opinie o zawodzie agenta nieruchomości…

Wydaje mi się, że w Hiszpanii ogólna opinia o zawodzie pośrednika nieruchomości jest o wiele gorsza niż w Polsce. Tutaj przed i podczas kryzysu wielu agentów pracowało nieetycznie, oby tylko sprzedać, zachowywali się jak prawdziwi „piraci”, często działając na szkodę kupujących i sprzedających. Od tamtego czasu zawód ten nie ma zbyt wysokiego prestiżu, na dodatek wszyscy wiedzą, że pracując w takiej branży człowiek prawdopodobnie nie ma stałego wynagrodzenia, co umówmy się, dla nieprzedsiębiorczych Hiszpanów jest w ogóle tragedią życiową. Oczywiście będąc dobrym agentem można zarabiać o wiele więcej niż zwykłe „stałe wynagrodzenie”, jednak przekonałam się, podczas mojej 2,5 miesięcznej przygody w agencji, że tak naprawdę tylko niewielki procent agentów zarabia, żeby nie powiedzieć że dobrze, tylko że w ogóle coś zarabia z obrotu nieruchomościami. I po pewnym czasie zaczęło mnie śmieszyć to debatowanie ludzi, siedzących przy stole w garniturach (i na pierwszy rzut oka było widać, że połowa z nich źle się czuje w garniturze…), rozmowy o niczym albo o jakimś hipotetycznym kliencie, którego nikt z nas nie miał.

praca agent nieruchomości w Hiszpanii warunki pracy i zarobki

I to był jeden z pierwszych znaków, że nie czuję tego klimatu, że takie siedzenie i ględzenie to nie dla mnie. Oczywiście wiem, Hiszpanie lubią sobie pogadać o niczym, ale wydawało mi się to trochę spotkaniem dzieci w przedszkolu, które bawiły się w dorosłych i coś udawały, a tak naprawdę ledwo co miały pieniądze na opłacenie składki ZUS. Wiem, że to brzmi jak gdybym się z nich śmiała czy nawet wywyższała, ale to nie tak. Oby każdy z nich (łącznie ze mną) znalazł fajnego klienta z fajną nieruchomością i ją sprzedał. Na dodatek do tej pory utrzymuję kontakt z wieloma osobami z tej agencji (wśród nich nawet jedna hiszpańska aktorka filmowa i telewizyjna, która zdecydowała się na zmianę toru kariery po tym, jak szołbiznes nie okazał się dla niej łaskawy z upływem lat), po prostu doszłam do wniosku, że takie spotkania przy stole i każdy w garniturze czy w garsonce, debatując na nieistniejące tematy, to nie jest to, nie czuję tego.

Moja osobista opinia o zawodzie agenta nieruchomości.

Moim zdaniem to jest bardzo fascynujący zawód, ale… no właśnie 🙂 Poznałam kilku agentów, którzy odnoszą sukces za sukcesem. Ale dosłownie kilku z kilkudziesięciu, z którymi miałam do czynienia. To jest naprawdę niewielki procent. Oczywiście na to, aby zacząć odnosić sukcesy w tym zawodzie, stać się rozpoznawalnym, wyrobić sobie markę, potrzeba czasu, jak we wszystkim. Jednak dla mnie – za dużo czasu (i przede wszystkim w niewygodny dla mnie sposób – wydzwaniając do ludzi, którzy tego sobie nie życzą). Doszły do tego jeszcze inne czynniki – takie jak właśnie sprawdzanie listy obecności agentów podczas spotkań, szkolonka motywacyjne, których czasami miałam już troszkę dość (i to dziwne, bo ja co do zasady lubię takie „coachingowe” gadki, ale może po prostu co za dużo to niezdrowo…). Dlatego gdy tylko dowiedziałam się, że jestem w ciąży, to podjęłam decyzję, że póki co starczy, przede wszystkim dlatego, żeby nie musieć jeździć po mieście w tę i we wtę, aby poznawać klientów i przekonywać ich do tego, aby współpracowali ze mną czy z moją agencją. I gdy podjęłam tę decyzję, bardzo mi ulżyło.

Codzienne spotkania agentów w biurze agencji były może dla niektórych motywujące, ale dla innych (w tym dla mnie) nie, w zasadzie wywoływały presję na nas wszystkich. Bardzo szybko okazało się, że wśród agentów z naszego biura wyłoniło się kilka „gwiazd”, pokazywanych jako przykład, a reszta (i to naprawdę większość – jakieś 90% agentów) do której się oczywiście zaliczałam, jeśli jeszcze ktoś by nie zrozumiał z tego tekstu, że nie odniosłam spektakularnego sukcesu w dziedzinie nieruchomości, czuła się właśnie pod presją, że musi zdobyć jakiegoś klienta, musi zdobyć jakieś mieszkanie, choćby najtańsze i z najgorszej dzielnicy. Agenci „gwiazdy” (i agentki – były wśród nich także kobiety, z czego osobiście bardzo się cieszę!) szybko przestali z nami rozmawiać, zaczęli wychodzić na kawkę i na obiadki z właścicielami agencji, dlatego poczucie bycia przegranym tym bardziej dominowało wśród nas, szaraczków (rozmawialiśmy o tym i chodziliśmy na kawki ze sobą, z innymi szaraczkami, co zrobić).

Tym bardziej, jeśli ktoś odniósł sukces w tej branży, to kieruję w jego stronę mój szczery podziw, wiem ile to musiało kosztować wysiłku i pracy, naprawdę doceniam! Wypracowanie swojej marki jako agent, to nie byle co, jestem przekonana. W tym miejscu muszę też zaznaczyć, że bardzo dobrą robotę wykonuje też wiele polskich agencji nieruchomości, które znajdują się w Hiszpanii, tym bardziej podziwiam te firmy, ich założycieli i ich pracowników. Na pewno nie jest to łatwy kawałek chleba, chociaż na pewno bardzo emocjonujący i – po transakcji dokonanej bez problemu i bez oszukiwania nikogo – bardzo wdzięczny. Bo koniec końców – ja wierzę, że większość agentów nieruchomości ma dobre intencje i marzy tak jak ja na początku mojej przygody – o spełnianiu marzeń swoich klientów, o tym aby mogli latem przylecieć sobie do Hiszpanii i wypocząć, a zimą wpaść na kilka tygodni i ogrzać kości, w odróżnieniu od polskiej zimy (mam na myśli klientów z Polski, których ostatnio jest coraz więcej), z tym psem goldenem przed kominkiem lub bez, ale żeby mogli szczęśliwie pomieszkać w swoim mieszkanku. 

Czy czuję się w jakiś sposób przegrana?

Z jednej strony tak, bo jak by nie patrzeć, jest to jakaś porażka. Zaczęłam coś robić w życiu i tego nie skończyłam, nie odniosłam sukcesu. Ale nie wyolbrzymiam tej porażki, wręcz przeciwnie – z trzech powodów. Po pierwsze nie spędziłam w tej agencji wielu miesięcy czy lat, żebym mogła żałować straconego czasu. Po drugie… marzenie o byciu agentem nieruchomości do mnie powróciło, już po raz kolejny, dlatego wiem, że gdybym nie spróbowała teraz, to chciałabym spróbować tego kiedyś, w przyszłości, na pewno! Wolę zrobić to w wieku 30 lat niż np. mając już dzieci i ryzykując zaburzeniem stabilizacji finansowej naszej rodziny (albo do końca życia żałować, że nie spróbowałam). A po trzecie… wyszła mi z tej przygody świetna współpraca i pomysł, o których piszę poniżej!

(Chociaż przyznaję, że prawdopodobnie niektórzy z moich hiszpańskich znajomych widzą mnie właśnie jako przegraną, bo „oni od początku mówili że to trudne”, „że w tym kraju być agentem nieruchomości to ciężka sprawa”, itp.). Ale wybaczam im 😉 bo to nie ich wina, że wzrastali w takim nieprzedsiębiorczym klimacie, że przeżyli kryzys, jaki mam nadzieję w Polsce nigdy nigdy się nie pojawi, że teraz dla nich najlepsza praca to „bezpieczna praca”, nawet jeśli mało płatna czy z beznadziejnym szefem (i ponownie odsyłam do wpisu o prowadzeniu działalności gospodarczej w Hiszpanii i nastawieniu Hiszpanów do tego tematu). 

I co dalej, czy nie będę się już zajmować nieruchomościami?

A, no właśnie że się zajmuję, ale w nieco inny sposób. W dzień po tym, gdy ogłosiłam odejście z agencji (oczywiście pożegnałam się, z niemałą satysfakcją, z moimi kolegami i koleżankami „agentami” na wspomnianej grupie na Whatsappie), napisała do mnie jedna agentka, że wydałam się jej bardzo miła, że bardzo chętnie by się ze mną spotkała na kawę żeby pogadać o naszych prywatnych sprawach, a może i zawodowych. Odebrałam to jako zwykłą kurtuazję, ale okazało się, że koleżanka chciała ze mną współpracować, właśnie w dziedzinie nieruchomości. Zaproponowała mi zakres obowiązków (bardziej administracyjnych) i całkiem korzystne wynagrodzenie za raptem kilka godzin dziennie pracy (Z DOMU! Moje marzenie!), na co ja z miłą chęcią przystałam. Na dodatek okazało się, że ta agentka jest kompletnym laikiem jeśli chodzi o technologie, komputery, program CRM z bazą danych klientów, newsletter itp – a ja własnie takie rzeczy lubię najbardziej i – co ważne – potrafię! Pracujemy razem do dziś, będziemy współpracować także po porodzie mojego dziecka. Spełniam się więc w tym, co lubię – świat nieruchomości mnie kręci, uwielbiam uczyć się nowych rzeczy na ten temat, ale jednocześnie otrzymuję wynagrodzenie za to, co robię, a nie za to, co kiedyś może zrobię w przyszłości i może zarobię, a może nie.

Oprócz tego na blogu będę zamieszczać oferty nieruchomości do kupienia i na wynajem w Hiszpanii, aby osoby zainteresowane kupnem czegoś w tym pięknym kraju mogły się zorientować co do cen i lokalizacji. Wydaje mi się, że może to znacznie podwyższyć atrakcyjność mojego bloga. Dogadałam się z moją „szefową” i kilkoma innymi agencjami, które absolutnie nie są „pirackie”, że będą mi podsyłać różne ciekawe oferty. Mam nadzieję, że spotka się to z zainteresowaniem choć części czytelników, może zdobędę w ten sposób także nowych? Wszystko się okaże, a jeśli temat Cię interesuje, to kliknij koniecznie „Lubię to” przy moim fanpage na Facebooku, w taki sposób nie ominie cię żadna nowość ani żadne mieszkanie na sprzedaż w Hiszpanii, które będę ogłaszać!

DISCLAIMER: Oczywiście pamiętaj, że opisane doświadczenie jest moje i każda inna osoba może mieć zupełnie inne wrażenia na ten temat! To jest między innymi cecha bloga, bo czasami zdaje mi się, że ludzie myślą, że piszę tutaj prawdy uniwersalne, a tak nie jest. Jeśli opiszę, że praca dla agencji nieruchomości wygląda tak, a Hiszpanie nie są przedsiębiorczy (to tylko przykłady) – jest to jakieś uogólnienie, ale jest to przede wszystkim moja opinia, z tego co widzę codziennie wśród znajomych, w internecie, na Facebooku w grupach, w prasie… No i pamiętaj, że czytając każdą gazetę, jesteś w podobnej sytuacji: czytasz czyjąś opinię (która najczęściej mieści się w linii opiniotwórczej gazety). Piszę o tym, bo kiedyś otrzymałam komentarz pod moim wpisem „Dlaczego nie lubię Barcelony„, że w ogóle jak ja mogę napisać coś takiego, że powody które podałam są niewystarczające, żeby tej Barcelony nie polubić i w ogóle jak ja mogę napisać coś takiego na blogu, który czyta wiele osób (co jest akurat prawdą – prawie 20 tysięcy osób zagląda miesięcznie na mojego bloga, dziękuję że jesteś jedną z nich). Ale dlatego ten wpis nazywa się „Dlaczego nie lubię Barcelony”, a nie „Dlaczego nie powinieneś jechać do Barcelony”, już od wstępu sugeruje subiektywną opinię.

Najłatwiej jest napisać „10 pięknych rzeczy, które możesz zwiedzić w Barcelonie, która w ogóle jest przepięknym miastem”, jak wszyscy, wtedy nikt się nie przyczepi. Ale to nie mój styl. Ostatnio wpadło mi do głowy takie zdanie: „Kocham Hiszpanię, ale nie jest to miłość ślepa” – doskonale opisuje mój stosunek do tego kraju.

No dobra, a napisałam ten wpis o nieruchomościach, bo może komuś zaoszczędzi on czasu podczas szukania pracy/ścieżki życiowej i będzie wiedział czego się spodziewać i o co spytać, a nie dać się omamić, jak ja, bez doświadczenia. Ja bym była za te informacje bardzo wdzięczna prawie rok temu. Wyszło trochę długo, sorki, i tak musiałam się ograniczać 🙂 

 

Uczysz się hiszpańskiego? A może chcesz zacząć się uczyć tego języka?

Mam coś dla Ciebie: bezpłatny mini kurs hiszpańskiego, na który możesz się zapisać w każdej chwili!

Wiem, że moi czytelnicy są na różnych poziomach języka, dlatego przygotowałam mini lekcje na wszystkich poziomach, od początkującego A1 do poziomu C2. Na pewno znajdziesz coś interesującego dla siebie!

bezpłatne lekcje hiszpańskiego online