//Poród w Hiszpanii (ciąża w Hiszpanii – odcinek 5.)
poród w Hiszpanii ciąża w Hiszpanii

Poród w Hiszpanii (ciąża w Hiszpanii – odcinek 5.)

Mój synek już jest po tej stronie brzuszka, dlatego mogę napisać jak wygląda poród i ogólnie temat okołoporodowy w Hiszpanii. Na temat prowadzenia ciąży w Hiszpanii napisałam już 4 wpisy:

Ciąża w Hiszpanii 1 – hiszpańskie zalecenia dotyczące odżywiania w ciąży, ciąża prowadzona w systemie zdrowia publicznym i prywatnym (i dlaczego wybrałam prywatny), badania wykonywane w ciąży (1-2 trymestr).

Ciąża w Hiszpanii 2 – jak Hiszpanie podchodzą do posiadania dzieci, Baby Erasmus – wpadka czy założenie rodziny?, hiszpański sposób nadawania imion i nazwisk, co mnie bardzo zszokowało i na co nie pozwoliłam w szpitalu, świadczenia rodzicielskie dla mamy i dla taty.

Ciąża w Hiszpanii 3 – linki do polskich blogów opisujących temat ciąży i porodu w Hiszpanii. 

Ciąża w Hiszpanii 4 – przydatne zwroty i słownictwo związane z ciążą (i bezpłatny ebook do ściągnięcia ze słownictwem!)

Jak wspominałam powyżej: ja prowadziłam ciążę i rodziłam dziecko w szpitalu prywatnym, pamiętaj, że niektóre informacje mogą się różnić od procedur obowiązujących w szpitalu publicznym.

Ostatni trymestr ciąży

Zacznę od tego, że mniej więcej w siódmym miesiącu ciąży wykryłam u siebie cholestazę ciążową. Tak, wykryłam ją ja, dzięki koleżance, która mi powiedziała, że objawy, które mam nie są normalne (przede wszystkim swędzenie ciała! Nie tylko ciążowego brzucha, który swędzi bo rozciąga się skóra, ale całego ciała, zwykle wieczorem i w nocy). Dlatego poszłam do mojej pani ginekolog i powiedziałam jej o objawach, a także o diagnozie, jaką sobie sama postawiłam. Sprawa była o tyle poważna, że w przypadku cholestazy należy śledzić wyniki badań krwi na bieżąco (także wskaźników, które nie są monitorowane w „standardowych” badaniach krwi, więc lekarz nie mógł tego stwierdzić na podstawie rutynowych ciążowych badań krwi), przyjmować leki, a następnie rozwiązać ciążę wcześniej – ponoć optymalny tydzień to 37 albo 38, w zależności od wyników badań, ale może również dojść do wcześniejszego, spontanicznego porodu, konieczności jego wywołania albo niestety, do śmierci dziecka w łonie matki. Sprawa była więc poważna, ale moja lekarka zajęła się nią bardzo profesjonalnie. Warto dodać, że cholestaza ciążowa jest w Polsce czymś znanym, zwykle bez problemów wykrywanym, leczonym i kontrolowanym, ale w Hiszpanii występuje o wiele rzadziej (w Europie kraje, w których schorzenie to występuje najczęściej to Polska i kraje skandynawskie, nie pytaj dlaczego, bo nie wiem).

Moje wyniki badań nie były tragiczne, ale nie były też rewelacyjne, dlatego lekarka wyznaczyła mi termin porodu na 1 sierpnia (w 37. tygodniu ciąży), a dzień wcześniej miałam wybrać się do szpitala. Do tego czasu co tydzień miałam brać pigułki (kwas ursodeoksycholowy – skopiowałam nazwę z Google, nie myśl sobie że ja umiem napisać takie słowo) wykonywać badania krwi, zdrowo się odżywiać, pić dużo wody. No ogólnie zdrowe życie. Było to trochę stresujące, bo dziecko dosłownie mogło się zatruć w moim brzuchu, ale lekarka mówiła mi przez cały czas, że wszystko jest pod kontrolą i że będzie dobrze. Bardzo jej ufałam.

Oprócz tego każda ciężarna pomiędzy 27 a 32 tygodniem ciąży musi się zaszczepić na krztusiec (tos ferina), nie jest to szczepionka dla mamy, a na nabycie odporności dla dziecka.

Przed porodem

Szpital, w którym miałam rodzić dziecko oferował wizyty nazwane „premamá”, czyli takie, podczas których można było zobaczyć izbę przyjęć, pokój, porodówkę, a także oddział intensywnej terapii noworodków (UCIN), na który zabierane są dzieci wymagające specjalnej pomocy lekarskiej. Ja oczywiście na taką wizytę się wybrałam, byłam ciekawa jak wygląda szpital od wewnątrz. 

Na spotkanie mogli przyjść także panowie – tatusiowie, jednak na zwiedzanie porodówki zostałyśmy zabrane tylko my, kobiety ciężarne, podczas gdy panowie czekali w innym miejscu. Moim zdaniem to było świetne rozwiązanie, gdyż zupełnie inaczej jest zadawać różnego rodzaju pytania dotyczące porodu w grupie samych kobiet, a inaczej w grupie mieszanej, tym bardziej jeśli twój mąż jest obecny na sali. Atmosfera się rozluźniła, padały pytania i żartowałyśmy sobie z rzeczy, z których przy mężczyznach (szczególnie obcych) byśmy nie żartowały. Spotkanie to odbywało się z położną. Podczas wizyty została nam przedstawiona opcja wykupienia pokoju (sali) o wyższym standardzie, za „jedyne” 128 euro za dobę (to już był naprawdę super pokój hotelowy, z milionem kanap, panoramicznym widokiem na miasto itp) oraz otrzymaliśmy spis rzeczy potrzebnych do porodu i pobytu w szpitalu. W przeciwieństwie do szpitala publicznego, w szpitalu prywatnym pacjentce i dziecku nie jest zapewniane nic – ani podpaski ani ubranka dla dziecka itp. 

Znieczulenie do porodu w Hiszpanii

Nie będę wgłębiać się szczególnie w kwestie medyczne, bo też nie chcę podać błędnych informacji, ale owego 1 sierpnia podano mi w szpitalu oksytocynę, w celu wywołania skurczy i wyjścia mojego bąbelka 🙂 na świat. Po krótkim czasie uznałam, że bez znieczulenia ani rusz i poprosiłam o nie. W ciągu 15 minut w mojej sali porodowej pojawił się anestezjolog, który podał mi znieczulenie zewnątrzoponowe (hiszp. epidural), szybko pozbyłam się bólu.

Nie wiem jak jest tak naprawdę w Polsce, słyszałam trochę – pewnie połowa to prawda i połowa to legendy miejskie, ale ponoć nie jest najlepiej z możliwością otrzymania znieczulenia do porodu. Wydaje mi się to podstawowym prawem kobiety rodzącej, ja poprosiłam o znieczulenie przy bardzo małym rozwarciu, nie wyobrażam sobie dotarcia do całkowitego rozwarcia bez znieczulenia. Oczywiście jeśli ktoś ma taką wolę, to proszę bardzo, ale jeśli kobieta boi się porodu z powodu bólu, jaki może być trudny do zniesienia, to wydaje mi się to absurdem, narażać ją na taki stres.

Dla mnie poród w ogóle nie był bolesny (ok – ostatni etap trochę tak! Ale to inna sprawa), byłam zrelaksowana i czekałam na przyjście na świat dziecka. W Hiszpanii nie ma z tym w ogóle problemu – mimo że ja rodziłam w szpitalu prywatnym, ale wiem, że w publicznych nie jest to jakimś szczególnym szczęściem, jeśli kobiecie zostanie podane znieczulenie. Słyszałam, że jedynie w naprawdę małych szpitalach może się zdarzyć, że anestezjolog nie będzie dostępny, czasem może się zdarzyć, że pracuje przy jakiejś operacji i trzeba chwilę poczekać, bo np. dyżur ma tylko jedna osoba, ale nie jest to powodem stresu kobiet ciężarnych („czy będę mogła mieć podane znieczulenie?”). Na dodatek udało mi się urodzić całkiem szybko (niecałe 30 minut skurczy partych!) i z moimi dwoma znajomymi lekarkami ginekolożkami.

Mam bardzo dobre wspomnienia z tego dnia, mimo że mój maluszek miał pępowinę owiniętą wokół szyi i mogło to spowodować jakiś problem, ale lekarki działały tak sprawnie, że ufałam im i w żadnym momencie porodu nie poczułam się nerwowo.

Mąż był przy porodzie, słowo, jakim określił całe doświadczenie to „impresionante” (imponujące, zrobiło to na nim wielkie wrażenie). Nie wiem czy muszę wspominać o takich oczywistych oczywistościach jak kontakt skóra do skóry po porodzie, dziecko w pokoju, a nie w pokoju zbiorczym, gdzie przechowywane są noworodki 😉 (może mam taką wizję z filmów i może tak już się nigdzie nie robi?), możliwość nocowania męża w szpitalu na dodatkowym łóżku w tym samym pokoju (zdjęcie tytułowe do tego artykułu to właśnie mój pokój szpitalny), zdrowa i zbilansowana dieta z możliwością wybrania menu na kolejny dzień (serio!! To była moja ulubiona część dnia), łazienka w pokoju (bo szczerze – trochę nie udaje mi się nazwać tego salą szpitalną, czułam się bardziej jak w hotelu!).

Poniżej zdjęcie kartki, na której mogłam zaznaczyć wybrane przeze mnie dania na obiad i kolację, pierwsze danie, drugie danie i deser.

rodzenie dziecka w Hiszpanii

W dniu porodu (ale już w pokoju) mojemu dziecku została podana witamina K (domięśniowo – zastrzyk w udo, maluszek chyba nawet nie zauważył, był jeszcze przejęty przyjściem na świat), jego oczka zostały potraktowane kremem z antybiotykiem, który miał przeciwdziałać infekcjom, i dziecko zostało z nami w pokoju.

No i co teraz? Jak ja mam to dziecko ruszyć, podnieść?

Jakoś próbowaliśmy opiekować się tym naszym małym noworodkiem, ale obydwoje stwierdziliśmy, że owszem, dużo na szkole rodzenia gadania, dużo tematów jak oddychać (a potem i tak lekarze przy porodzie mówią jak oddychać, przynajmniej w moim przypadku) i innych pierduł (nie, no wiem że to oddychanie jest ważne…), ale i tak na koniec człowiek zostaje z takim maluszkiem, 49 centymetrów (w końcu urodzony na 3 tygodnie przed terminem), i nawet nie wie jak go podnieść, jak go złapać, przenieść… Jedyne co wiedzieliśmy to to, co wie chyba 5-letnie dziecko – że nie można narażać główki takiego dziecka na zbytnie wygibasy, ale jak to przełożyć na praktykę?

W szpitalu co chwilę ktoś do nas przychodził i zaglądał – a to żeby mi przynieść lek przeciwbólowy, a to żeby zmierzyć temperaturę (śmiałam się, bo najpierw przychodziła jedna pani pielęgniarka zmierzyć temperaturę mojemu dziecku, a za 10 minut przychodziła druga pani żeby zmierzyć temperaturę mnie 😉 ), a to zmierzyć ciśnienie, co chwilę coś – nawet w nocy. Z jednej strony to dobrze, że dbają o pacjenta, ale z drugiej, gdy akurat Mateo usnął i ja mogłam się też przespać, zwykle ktoś wchodził do naszego pokoju i coś nam dawał, tłumaczył, pytał… Dodam, że prawie za każdym razem była to inna pielęgniarka. To tak żeby ponarzekać, że powiedzenie „śpij kiedy dziecko śpi” nie zawsze jest możliwe do zastosowania.

Karmienie piersią

Jeśli chodzi o karmienie piersią, na które się zdecydowałam, to przychodziły do nas kolejne pielęgniarki, które pomagały w przystawieniu dziecka i odpowiadały na różne pytania. W tym momencie byłam zadowolona, że wcześniej wyczytałam wiele rzeczy na temat karmienia piersią, bo także w sprawie karmienia przychodziło do mnie wiele pielęgniarek i każda z nich mówiła coś innego (że dziecko należy karmić co 3 godziny i jeśli śpi, to trzeba je obudzić; że dziecko trzeba karmić na żądanie, czyli kiedy będzie głodne; że dziecko należy karmić co 3 godziny w dzień i co 2 godziny w nocy…. szaleństwo, bądź tu mądry – każda pielęgniarka opowiada swoje bajki).

Nawet udało się im wmówić mi, że moje dziecko potrzebuje butelki z mlekiem modyfikowanym, co zaskutkowało podaniem mu 20 ml mleka modyfikowanego, czego teraz żałuję, bo wiem, że nie było to potrzebne. Więc za tę „pomoc w laktacji” to nie jestem zbyt wdzięczna. Wolałabym już chyba żeby nikt do mnie nie przychodził i nic mi nie mówił. Mam nadzieję, że w innych szpitalach jest lepiej pod tym względem.

Pielęgniarki dały mi także drugą butelkę z mlekiem modyfikowanym, jednak zdecydowałam, że wyleję jej zawartość, a dziecko będę przystawiać do piersi, bo na fantastycznej stronie o karmieniu piersią – Hafija.pl wyczytałam, że najważniejsze w karmieniu piersią są wskaźniki ile dziecko moczy pieluszek – a tutaj wynik był świetny, zgodny z parametrami odpowiednimi dla wieku dziecka (1-2 dni). O tym, że wylałam zawartość butelki do ścieku wiedział tylko mój mąż, który ufał mi, nie sprzeciwił się temu. Mogłam oczywiście powiedzieć pielęgniarkom, że nie dam tego mleka w proszku dziecku, ale szczerze – nie czułam się na siłach żeby jeszcze tłumaczyć się personelowi medycznemu z moich decyzji. 

Obecnie karmię małego piersią i póki co nie miałam żadnego problemu także w miejscach publicznych, raczej wręcz przeciwnie. Często ludzie uśmiechają się na mój widok (raczej kobiety, w średnim wieku i nieco starsze). W Hiszpanii zwykle to nie jest sensacja. W wielu przychodniach w poszczególnych dzielnicach Madrytu organizowane są grupy wsparcia w laktacji, gdzie mamy mogą udać się z dziećmi.

Jeśli kobieta nie chce karmić dziecka piersią, z tego co wiem, może poprosić o tabletki na zatrzymanie laktacji. Nie znam więcej szczegółów, bo nie byłam zainteresowana.

Pobyt w szpitalu

Ja po porodzie czułam się świetnie, mogłabym wyjść ze szpitala jeszcze tego samego dnia. Mój synek Mateo też miał się bardzo dobrze, jednak zgodnie z zaleceniami lekarskimi i procedurami zostaliśmy w szpitalu jeszcze dwie doby – w około 48 godzin po porodzie od maluszka jest pobierana krew z piętki, aby ją zbadać pod względem różnych chorób metabolicznych. Są to choroby zwykle nieuleczalne, dlatego „nie ma pośpiechu” w ich wykryciu. Próbka krwi jest przesyłana do szpitala Gregorio Marañón w Madrycie (z tego co się orientuję, to z każdego szpitala z Hiszpanii wysyłane są tam próbki krwi), który ma specjalistyczne laboratorium do jej przebadania pod względem wspomnianych wyżej chorób. W ciągu miesiąca każdy rodzic otrzymuje wyniki badań pocztą. Jeśli wyniki nie wyszły za dobrze, to do rodzica wykonywany jest telefon ze szpitala w celu poinformowania go i ustalenia postępowania z chorym maluszkiem.

Jakże wielkie było moje „Ufff”, kiedy po niecałym tygodniu od wyjścia ze szpitala otrzymałam list ze szpitala Gregorio Marañón, z wynikami badań: nic nie wykryto.

Dodam jeszcze, że źle nam zmierzono dziecko w szpitalu: najpierw dostaliśmy informację, że Mateo mierzy 52 centymentry (co przy jego niecałych 3 kilogramach to było całkiem sporo! Ale był taki chudziutki, że uwierzyliśmy), jednak później, na kontroli lekarskiej 4-5 dni po porodzie, lekarz zmierzył go jeszcze raz i okazało się, że miał 49 centymetrów. No więc urodził się maluszek, ale rośnie jak na drożdżach, świetnie przybiera na wadze.

Od polskich znajomych otrzymałam wiele zapytań o punkty Apgar, ile mój synek ich dostał? Otóż ja nie otrzymałam takiej informacji – do momentu wyjścia ze szpitala nie miałam o tym pojęcia. Nie wiem jak jest w Polsce, czy matka od razu na porodówce jest informowana o liczbie punktów, ale ja dowiedziałam się o tym dopiero gdy otrzymałam wypis syna ze szpitala. W pierwszej minucie po urodzeniu nasz synek otrzymał 9 punktów na 10, a w piątej minucie 10/10.

 

Ogólnie jestem bardzo zadowolona z przebiegu całego pobytu w szpitalu i porodu, są rzeczy, które bym poprawiła i o nich wspomniałam, ale na szczęście wszystko skończyło się dobrze. Bardzo chętnie posłucham jakie są doświadczenia innych kobiet z porodu w Hiszpanii – zapraszam do komentowania!

 

 

Uczysz się hiszpańskiego? A może chcesz zacząć się uczyć tego języka?

Mam coś dla Ciebie: bezpłatny mini kurs hiszpańskiego, na który możesz się zapisać w każdej chwili!

Wiem, że moi czytelnicy są na różnych poziomach języka, dlatego przygotowałam mini lekcje na wszystkich poziomach, od początkującego A1 do poziomu C2. Na pewno znajdziesz coś interesującego dla siebie!

bezpłatne lekcje hiszpańskiego online