//Hiszpanom do ołtarza niespiesznie. Czy jest na to rada?
ślub i związek z Hiszpanem

Hiszpanom do ołtarza niespiesznie. Czy jest na to rada?

Czy to jest jeden z najbardziej stereotypowych wpisów na blogu? Nie wiem, może. Okropnie w nim generalizuję (na podstawie własnych przeżyć), więc jeśli nie lubisz takich artykułów, to zachęcam cię do opuszczenia tej strony 😉 A jeśli miałeś/miałaś do czynienia z Hiszpanami, daj znać czy coś wyglądało podobnie u ciebie, czy po prostu przesadzam?

Mój mąż jest super, uważam, że wygrałam los na loterii, ale jak wiadomo – nikt nie jest idealny. Zanim poznałam Miguela, miałam jeszcze jedną historię z Hiszpanem, która nie zaszła zbyt daleko ze względu na okoliczności (on miał podpisany kontrakt w innym kraju i z góry było wiadomo, że za jakiś czas wyjedzie. Kraj ten był daleki daleki, a nasz „związek” nie był jeszcze nawet oficjalnie związkiem, więc ani mnie ani jemu nie przeszło przez myśl, żeby coś kontynuować), ale już wtedy mój damsko-męski radar zaczął odbierać pierwsze sygnały, że może oni myślą inaczej niż ja. Oczywiście, jeden Hiszpan wiosny nie czyni i nic nie znaczy, to że jeden jest taki, nie oznacza, że inni są tacy sami. Ale światełko (czerwone, rzecz jasna) w głowie pozostało.

Jak poznałam mojego obecnego męża możesz przeczytać TUTAJ, a jak się potoczyła moja historia w Hiszpanii, TU. Jeśli cię to niezbyt interesuje, bo nie możesz doczekać się aż przejdę do konkretnych stereotypów i generalizowania, to czytaj dalej. Nie miałam żadnej miłosnej przygody z żadną Hiszpanką 😉 więc moje rozważania dotyczą raczej facetów. PS. Sukienka ze zdjęcia tytułowego jest moja, ślubna 🙂 

Nie mają zbytnio ochoty na formalny związek, o ślubie nie mówiąc

Zanim mój obecny mąż nazwał mnie formalnie „novia” – że jestem jego dziewczyną – musiałam odczekać swoje. Zanim zamieszkaliśmy razem – musiało upłynąć sporo czasu. Że też nie powiem o ślubie, który okej, nie był przeze mnie wymuszony, ale powiedzmy, że postawiłam jasno sytuację, że nie mam zamiaru czekać do 40. roku życia, ja sama w Hiszpanii, bez rodziny i zdana na jego „kocha nie kocha”. A jeśli później okaże się, że jednak „nie kocha”, to ja stracę ileś tam lat życia, na oczekiwanie na jego decyzję (wtedy moje życie wyglądało tak, że faktycznie mogłam mówić o „straconym” czasie, patrz np. wpis Czy emigracja jest taka różowa? – o tym, jak mi było trudno rozpocząć nowe życie w Hiszpanii. Teraz ostatnich kilka lat w tym kraju to nie jest stracony czas, no ale co ja wtedy mogłam wiedzieć…).

Że on jest Hiszpanem, świetnie, Hiszpanie mają swój (powolny) rytm życia, ale ja jestem z Polski, mam swoje wzorce rodziny głęboko w głowie, nie chcę brać ślubu w wieku 35 albo 40 lat. I przyznam się nawet, że odwołałam się do wzorca kulturowego, że ludzie w Polsce biorą śluby wcześniej niż w Hiszpanii, że ja nie chcę tyle czekać. Teraz może bym już tak nie powiedziała – znam wiele osób w Polsce, które mają 40 na karku i ani myślą o ślubie, no ale jako argument dla Miguela chyba pomogło i myślę, że w sumie tak bardzo nie skłamałam.

Musimy wypracować konsensus, mówiłam mu. Nawet postawiłam jakieś „drobne” ultimatum. Tak, byłam gotowa wrócić do Polski, jeśli nasz związek nie przybrałby poważniejszego kształtu. Wiedziałam, że ryzykuję, że Miguel mógł powiedzieć: ”przykro mi, nie czuję się gotowy i w najbliższym czasie się nie poczuję”, jednak miałam też za sobą wieloletni związek (z Polakiem, ale obydwoje byliśmy wtedy o wiele młodsi!), nie chciałam powtarzać tego samego schematu: ileś tam lat razem, no okej, miłość, kochamy się, ale potem jakoś pomiędzy codziennością, a znużeniem drugą osobą (i oczywiście milionem innych przyczyn…) związek się rozpada. Czułam, że nie miałam na to już czasu, nie chciałam go tracić, a jeśli mam kwitnąć w Hiszpanii, bez pracy (jak wtedy – odsyłam ponownie do powyższego wpisu) albo z beznadziejną pracą (np. pracowałam w barach jako kelnerka – super kariera, co nie? Kelner/kelnerka – praca w Hiszpanii, warunki i zarobki), to wolę wrócić sobie do Warszawy, mieć super korpo pracę (nigdy nie doszłam do momentu, aby przestać lubić korpo życie, pracowałam w dużych firmach w sumie przez 5 lat i zawsze mi się podobało, nie doszłam do żadnego etapu wypalenia), wolałam czuć się docenioną w moim kawałku open space i jedząc lunchyk ze styropianowego pudełka (wtedy jeszcze nie mówiło się tyle o tych odpadach) i zarabiać jakąś normalną kasę, mieć blisko rodzinę, przyjaciół i kartę MultiSport, z której i tak bym nie korzystała, bo nie lubię sportu.

Nie chciałam wstawać każdego dnia i zastanawiać się, ojej, a co ja dzisiaj mogę porobić, czy poszukam ofert pracy za 900 euro miesięcznie (mieszkaliśmy wtedy w Saragossie – trudno było o jakąś lepiej płatną pracę, w ogóle trudno było o jakąkolwiek pracę, mimo że to spore miasto), a może umówię się z jakąś bezrobotną koleżanką na kawkę – po jakimś czasie to się naprawdę nudzi, człowiek się frustruje i rozleniwia (eee, po co mam się uczyć angielskiego – skoro i tak nie mam pracy ani jej nie będę mieć, itp.)! Dlatego zdecydowałam się postawić wszystko na jedną kartę, pogadać z nim poważnie i szczerze, żebyśmy oboje wiedzieli na czym stoimy. No i OLÉ, Miguel zrozumiał mój punkt widzenia! Trochę to trwało, nie powiem, ale najważniejszy jest efekt. Mieliśmy trochę problemów z ustaleniem daty ślubu (on chciał rok albo półtora później, a ja chciałam za pół roku – na czym też w końcu stanęło, bo po co tyle czekać?), ale finalnie – pełen sukces. Dla mnie największą satysfakcją było to, że Miguel po ślubie powiedział mi, że czuje że bardzo dobrze zrobił, że w sumie po co tyle czekać? Czułam, że zrobiłam coś bardzo dobrego nie tylko dla siebie, że zadbałam o swoje potrzeby, ale też dla niego 🙂 Ostatnio też mi powtórzył to samo, że nie było sensu w czekaniu tak długo. Jak więc widać, małżeństwo nie zawsze szkodzi, o czym mój Hiszpan wcześniej był święcie przekonany.

Jedyne co mnie zdziwiło (pozytywnie!) to fakt, że jak już byliśmy 1,5 roku po ślubie (niezły timing! :P) to sam zaczął poruszać temat dziecka. O ile nie miałam problemów z postawieniem ultimatum czy lekkim naciskaniem na ślub, który dla mnie był ważny pod względem uzyskania stabilności w Hiszpanii, chociażby tego, żeby móc dziedziczyć po mężu albo otrzymać tzw. rentę wdowią (małą, ale zawsze coś), żeby czuć się lepiej i bezpieczniej w obcym kraju, a na wypadek rozwodu też móc coś uzyskać, a nie po prostu „rozstajemy się”, jakby to miało miejsce w przypadku nieformalnego związku, to na dziecko nie chciałam już naciskać. Rozwieść się zawsze można, ale dziecko to już zupełnie inna sprawa, żywa istota, która nie może być kartą przetargową w związku, na jej przyjście muszą być gotowe obydwie osoby w związku, bo inaczej to mi się wydaje, że będzie klops. No a że ja na dziecko byłam już gotowa od kilku ładnych lat, miałam świetnie opanowany mój kalendarzyk, żeby wiedzieć kiedy można trafić w samo sedno, oczywiście na to przystałam. Po kilku miesiącach zaszłam w ciążę, kolejny sukces! 😉

Czy papierek ślubny coś zmienia?

Mimo że zawsze wydawało mi się, że akt małżeństwa nie zmienia wiele w życiu człowieka, że wszystko toczy się tak samo jak wcześniej (o ile nie gorzej, hihi), to teraz się nie zgadzam z samą sobą sprzed kilku lat. U mnie, obecnie, zmienia. Przede wszystkim perspektywę patrzenia w przyszłość i stopień zobowiązania. Na pewno ma to związek z tym, że mieszkam w innym kraju niż Polska, bo nigdy nie byłam jakąś wielką fanką brania ślubu, nie czułam że to jest coś, co się „powinno” zrobić (dla rodziny, dla świętego spokoju, żeby móc mieć dzieci, nie, nic z tych rzeczy). Ale mieszkając z Hiszpanii, nawet jeśli to jest w Unii Europejskiej i teoretycznie mam takie same albo bardzo podobne prawa jak u siebie w kraju, żaden tam koniec świata, ślub okazał się przypieczętowaniem mojego poczucia bezpieczeństwa w związku. Psychologicznie działa na mnie bardzo pozytywnie – małżeństwo jest dla mnie wartością, nie dlatego że wzięliśmy ślub kościelny (to akurat na prośbę mojego męża), tylko samo w sobie. Wiem, że jeśli kiedyś byśmy zaczęli myśleć o rozwodzie, na pewno zrobiłabym wszystko, aby spróbować naprawić sytuację, jeśli to by było możliwe. Kiedy nie byliśmy małżeństwem, czasami myślałam sobie „a w dupie to mam, pakuję walizkę, kupuję bilet na jutro i wyjeżdżam”. Po ślubie zdarzyło mi się to tylko raz (na 3 lata bycia mężem i żoną – więc chyba nieźle? Wcześniej o wiele częściej :D). Mój mąż uważa tak samo. Więc dla mnie tak, papierek ślubny zmienił bardzo dużo.

Jestem z Hiszpanem, ale on nie chce wziąć ślubu, co mogę zrobić?

Ha, to jest niezłe pytanie. Moim zdaniem warto sobie odpowiedzieć, po co potrzebujesz ślubu. Jest to twoja potrzeba wewnętrzna, chcesz zadbać o swój spokój wewnętrzny (coś jak ja), jesteś religijna i chcesz wziąć ślub kościelny, chcesz uregulować twoją i chłopaka sytuację prawną (też jak ja), chcesz żeby rodzina się wreszcie odczepiła i przestała pytać kiedy ślub? Itp. Do tego należy dobrać sensowne argumenty. Moje były takie jak wypisałam powyżej: nie mam pracy, nie czuję się tu bezpiecznie (finansowo, a co jeśli któremuś z nas coś się stanie, nie będziesz mógł mnie odwiedzić w szpitalu, albo Tobie się coś stanie, a ja zostanę bez środków do życia? Itp.), nie chcę „tracić” tyle czasu na to, żeby wegetować w Hiszpanii, nie wiedząc do czego to prowadzi, czy do przodu czy do tyłu…  Pamiętaj, że wielu Hiszpanów jako argument na to, żeby nie brać ślubu poda ci fakt, że nie mają (albo wy razem, jako para) stabilności finansowej. W naszym przypadku ja nie miałam stabilności zawodowej (co się przekładało rzecz jasna na finansową). I co, mieliśmy czekać? Na co, na gwiazdkę z nieba? Jeszcze nie prowadziłam działalności gospodarczej, jeszcze nawet nie wiedziałam, że wkrótce zacznę 🙂

Moim zdaniem jest to dość słaby argument. Jeśli warunkiem wzięcia ślubu jest posiadanie X pieniędzy na koncie albo zarabianie Y co miesiąc, to co to jest, przepraszam, umowa handlowa czy miłość? Może to jest niepopularne podejście, ale ja mam takie zdanie na ten temat. Na kilka miesięcy przed ślubem (ale gdy już mieliśmy wszystko dogadane) założyłam firmę, na początku szło mi ot tak sobie, jak to na początku działalności, jeden miesiąc lepiej, a drugi gorzej, a dopiero po niecałym roku złapałam na dobre wiatr w żagle i zaczęłam zarabiać, miałam nawet miesiące (wiele!), w których zarabiałam parę razy więcej niż mój mąż. Ale i co, mieliśmy czekać ze ślubem do tego momentu? Kiedy mam pełno klientów i nie mam w co ręce włożyć? Ja wtedy byłam szczęśliwa, że przyszła dobra passa, że zarabiam kasę, że mam męża, a myślenie o ślubie i jego organizacja podczas takiego nawału pracy to by była ostatnia rzecz, na którą miałabym ochotę. Wszystko wydarzyło się w odpowiednim czasie. 

No dobra, co zatem zrobić? Masz kilka opcji – jedną z nich jest wzięcie ze mnie przykładu i lekkie „naciskanie” połączone z przedstawieniem sensownych argumentów. Jednak tylko ty znasz swojego chłopaka na tyle dobrze, żeby wiedzieć, jak może zareagować. Może powiedzieć „nie jestem gotowy”, więc zastanów się dobrze czy przedstawić mu to w formie ultimatum, czy powoli drążyć skałę (ryzykując, że się zmęczy/znudzi), a może wymyślisz jeszcze jakiś sposób przekazania informacji?

Oczywiście takie rozwiązania stosujesz na własną rękę. Na mojego Hiszpana zadziałało, twojego nie znam i tylko ty wiesz czy możesz „zaryzykować”. Pamiętaj, reklamacji nie przyjmuję! 😉

Poniżej ja w dniu mojego ślubu. Pamiętam, że zakładałam właśnie kolczyki 🙂 Był to jeden z najlepszych dni w moim życiu!

ślub z Hiszpanem, związek z Hiszpanem

Dla mnie jest bardzo ważne to, aby w związku jasno przedstawiać swoje oczekiwania, aby mówić o tym, czego się pragnie i oczekuje. Jeśli jesteś z facetem od kilku lat, chcesz wziąć z nim ślub, a temat „małżeństwa w przyszłości” (bo nie mówię że jutro) go przeraża i nagle chce zmienić temat, to ja bym się zastanowiła nad sprawą… Bo nie wygląda to różowo. To co innego jeśli Hiszpan jest rodzinny, bo nie odciął pępowiny od mamy, a co innego czy chce wziąć ślub – jedno nie oznacza automatycznie drugiego. Wręcz ta mamina pępowina może go ograniczać, świadomie lub nie, bo ciągle może nie czuć się samodzielny i dorosły. Dodaj to tego fakt późnego macierzyństwa Hiszpanek (i późnego ojcostwa Hiszpanów), podejścia do ślubu jako do końca wolności, końca swobodnego życia, no i już masz konflikt interesów gotowy.

Moim zdaniem fakt mieszkania w Hiszpanii nie oznacza, że automatycznie muszę się dostosować do tutejszego modelu rodziny (na przykład). Muszę się dostosować do wielu norm społecznych, prawnych itp, ale model rodziny to sprawa zupełnie prywatna, do obgadania pomiędzy mną i partnerem. Dlatego nie warto się sugerować tym, że „no Hiszpanie tak późno się żenią”, bo z jednej strony to prawda, ale tak jak ja szanuję podejście Miguela do różnych spraw kulturowych, to rzecz jasna oczekuję tego samego od niego w stosunku do mnie. Głupi i nie poparty żadnymi danymi przykład: Hiszpanie biorą ślub w wieku 35 lat, mój mąż też tego oczekiwał w swoim życiu, a Polacy (Polki?) w wieku 25 lat. To nie oznacza, że ja muszę czekać aż mój Hiszpan dojrzeje i dojdzie do swojego zaplanowanego wieku ślubnego, musimy spotkać się gdzieś w połowie, kompromis proszę ja ciebie, kompromis! Tak też stało się u nas, ja poczekałam, a on przyspieszył, szczęśliwe małżeństwo od prawie 3 lat. Ale do tego potrzebny jest dialog, chęć zrozumienia, szacunek, docenienie decyzji o zamieszkaniu w obcym kraju „dla tego kogoś”, a nie ciągłe odwlekanie podjęcia decyzji.

Ważne jest zabezpieczenie finansowe / prawne

Nie bój się pomyśleć „co by było, gdyby”. Wiadomo, nikt nie chce myśleć o śmierci, chorobach czy wypadkach. Sądzę, że w przypadku mojego męża, jednym z argumentów, który go najbardziej przekonał do ślubu było właśnie to: co się stanie ze mną, jeśli jemu by się coś stało? Jeśli twojemu partnerowi jest wszystko jedno, albo wzrusza ramionami, to znaczy, że być może nie do końca mu zależy na związku, na Twojej osobie…

Odnoszę się szczególnie do takiego przypadku jak miałam ja: przed naszym ślubem nie miałam zbyt dobrej sytuacji zawodowej. Spędziłam kilka lat w obcym kraju, aby być obok Miguela. Straciłam multum super szans zawodowych w Warszawie, nie miałam pieniędzy na dokształcanie się, pracowałam w słabych miejscach po to, aby móc zapłacić za mieszkanie w jego mieście (zanim zaczęliśmy razem mieszkać). Wiele z tych momentów nie było ani przyjemnych, ani łatwych. Na początku ukrywałam to dla siebie, myślałam, że po co on ma wiedzieć, wręcz się wstydziłam – wydawało mi się to trochę żałosne z mojej strony, tym bardziej, że w Polsce ostatni raz kiedy mnie dotknęły problemy finansowe, to był może pierwszy rok studiów, pewnie z 12 lat temu 😉

Jednak później uznałam że nie: właśnie on musi wiedzieć o tym, że jest mi trudno, że robię to aby móc mieszkać w Hiszpanii, żeby to docenił. Pewnego dnia (gdy pracowałam w mojej kiepsko płatnej pracy w barze) spytałam się go „Miguel, jak myślisz, ile ja zarabiam? I ile płacę za mieszkanie? I ile wydaję na to i na to? Myślisz że ja tu mieszkam bo mi się dobrze żyje w Hiszpanii czy dla innego powodu?” I docenił, powiedział mi o tym wiele razy. Ale sam się nie domyślił, musiałam mu o tym powiedzieć. Zachęcam do tego samego. Nikt nie ma obowiązku domyślania się, co ma w głowie druga osoba.

Dlatego warto się zastanowić co by się stało, gdyby któreś z was nagle zaniemogło, gdyby nagle doszło do jakiegoś wypadku, choroby… Gdyby twój chłopak nagle zapadł w śpiączkę, miałabyś za co przeżyć następny miesiąc? Pytam, bo ja na początku pobytu w Saragossie nie miałabym – bo nie miałam pracy, a później, gdy już pracę dostałam, to byłabym do niej przywiązana do nie wiadomo kiedy, skoro nie mogłabym liczyć na wsparcie partnera, jak mogłam liczyć na Miguela. Gdy po dwóch tygodniach chodzenia do pracy (baru/restauracji), której nienawidziłam, codziennie wychodziłam do niej i wracałam płacząc, to Miguel w końcu powiedział „dziewczyno, nie męcz się, rzuć to w cholerę”. I tak, wiem, śpiączka to ekstremalny przypadek, ale… nigdy nie wiadomo. Może się okazać, że po prostu któregoś dnia nasz kochany Hiszpan nas rzuci. Co wtedy?

Polki, które zostały kopnięte przez Hiszpana w tyłek

Na szybko przychodzą mi trzy dziewczyny (znajome) do głowy. Nie licząc dziewczyn, które do mnie pisały wiadomości poprzez mój fanpage na Facebooku (których nie znam osobiście). Związek każdej z nich jest był oczywiście nieco innym przypadkiem, ale wszystkie łączy to samo: Polka, która zdecydowała się zamieszkać w Hiszpanii, zostawić swoje dość ułożone życie w Polsce, dla Hiszpana. I nie, one wcale nie uciekały z Polski ani nie szukały sobie lepszego życia – każda z nich w Polsce (albo w innym kraju, bo wcześniej mieszkały gdzieś indziej) miałaby super szanse zawodowe, rodzinę, znajomych. To miłość je tu przywiodła, tak samo jak mnie. Nie znam szczegółów związków większości z nich, ale znam zakończenie: pewnego dnia piękny Hiszpan, z jakiegokolwiek powodu, uznał, że to nie to, że chce zakończyć związek, że nie jest zainteresowany kontynuacją itp itd. Po wielu miesiącach, czasami nawet latach. I pół biedy jeśli taka dziewczyna miała jakoś zorganizowane życie, spoko pracę, jakieś własne grono znajomych (a nie tylko znajomych tego chłopaka – jak ja na początku). Ale jeśli nie miała praktycznie nic poza nim (bo umówmy się: praca w barze w 2013 roku nie była sensem mojego życia…), to trochę słabo. Pakować walizkę i do widzenia…

Oczywiście nie będę opisywać tutaj żadnego konkretnego przypadku, po pierwsze bo to moje koleżanki,a po drugie, a nawet jeśli to ktoś nieznany, to też nie mam prawa opisywać cudzego życia na łamach bloga, jeśli ta osoba się na to nie godzi. Ale znam takie historie.

 

Wpisy na temat ślubu w Hiszpanii:

14 rzeczy, które musisz wiedzieć zanim weźmiesz ślub w Hiszpanii

Ślub w Hiszpanii – moje doświadczenia i porady

 

Co sądzisz na ten temat? Starasz się jakoś zabezpieczyć na wypadek pojawienia się takiej sytuacji? A może w ogóle się tego nie obawiasz, bo prowadzisz w Hiszpanii niezależne życie, także finansowo (i to jest najlepsze rozwiązanie… Oby każda dziewczyna mogła tak żyć!)? Znasz przypadki, o których piszę w artykule? A może w ogóle taka kwestia nie wystąpiła u ciebie w związku? Daj znać, niezależnie od tego, czy jesteś dziewczyną czy chłopakiem 🙂 

 

Uczysz się hiszpańskiego? A może chcesz zacząć się uczyć tego języka?

Mam coś dla Ciebie: bezpłatny mini kurs hiszpańskiego, na który możesz się zapisać w każdej chwili!

Wiem, że moi czytelnicy są na różnych poziomach języka, dlatego przygotowałam mini lekcje na wszystkich poziomach, od początkującego A1 do poziomu C2. Na pewno znajdziesz coś interesującego dla siebie!

bezpłatne lekcje hiszpańskiego online