//Hiszpania – kraj idealny dla „innych”?
hiszpania geje hiszpania kobiety w ciąży

Hiszpania – kraj idealny dla „innych”?

Hiszpania jest krajem idealnym dla osób, które chcą żyć alternatywnie. I nie mam na myśli „dziwaków” (piszę „dziwaków” bardziej ze względu na popularną opinię niż na moje własne zdanie) szukających jedzenia w śmietniku, którzy wierzą w energię kosmiczną, nie wychodzą z domu bez przeczytania horoskopu, uważają, że trzeba jeść codziennie soję albo że soja szkodzi i nie można jej jeść, no nie wiem. Pisząc „żyć alternatywnie” mam na myśli życie inne niż to ustalone „odgórnie”, niż to, którego się od nas oczekuje, które zostało przynajmniej nam, Polakom (albo po prostu mnie, Oldze) wpojone. Idziesz do szkoły, zdajesz maturę, idziesz na studia, potem praca, bierzesz ślub, zaciągasz kredyt hipoteczny, masz dzieci, a jeśli nie idziesz na studia, to omijasz po prostu ten etap, ale reszta życia wygląda tak samo. 

I nie mówię, że takie życie to coś złego, wręcz przeciwnie. Ja sama mam taki model, nooo, mniej więcej, bo po studiach wyjechałam z kraju, hipoteki nie mam do dziś, dziecko w drodze, ale… Wzięłam ślub i moje życie jest dość… tradycyjne. Ja to lubię. Ale widzę, że w Hiszpanii niekoniecznie musi tak być i nie jest to nic dziwnego. I teraz opowiem jak Hiszpania nauczyła mnie tolerancji. I tak, miałam momenty, w których mój mózg parował, a ja powtarzałam sobie gorączkowo: „Czy to się dzieje naprawdę? Czy ja to widzę/słyszę naprawdę?” – i to wcale nie były jakieś wielkie, rewolucyjne rzeczy. Zaraz opowiem.

Jestem z Warszawy, jestem tolerancyjna

Jestem z dużego miasta, wydawało mi się, że niejedno widziałam, niejedno słyszałam, że jestem osobą tolerancyjną. Jakiś inny kolor skóry? Spoko. Ktoś nie je glutenu, bo mówi że zapycha jelita? No niech sobie nie je (ja potem praktycznie też przestałam). Gej? No niech sobie będzie gejem, dlaczego by nie, co to komu szkodzi? Ktoś chce spakować plecak i jeździć po świecie? Ale ma fantazję (no i co to komu szkodzi?)! Jednak po przyjeździe do Hiszpanii okazało się, że moja tolerancja została wystawiona na próbę. Nie na próbę „słuchania” czegoś, a na próbę „obcowania” z czymś.

Po co ślub? Tak młodo? Ja chcę jeszcze pożyć

Już wspomniałam, że wielu Hiszpanów, bardzo się dziwiło, gdy brałam ślub w wieku 28 lat. Myśleli, że może zaszłam w ciążę i w taki sposób chcieliśmy „zalegalizować” dziecko. Nie wiem czy gdybym zaszła w ciążą to czy bym myślała o ślubie?

Dla Hiszpanów wzięcie ślubu to jest jeden z ostatecznych momentów wolności. Owszem, można powiedzieć, że symbolicznie tak jest, ale dla mnie wzięcie ślubu było czymś, o czym marzyłam – chciałam złączyć się w taki formalny sposób z Miguelem, dla mnie to był początek czegoś nowego, a nie „koniec życia”, jak dla wielu Hiszpanów. Od kiedy jestem mężatką nasz związek jest lepszy, i przypuszczałam, że tak będzie. Nie potrafiłam odpowiedzieć na pytania hiszpańskich znajomych „ale dlaczego i po co tak wcześnie? Nie wolisz jeszcze poczekać i nacieszyć się wolnością?”.

Moje uczucia mówią mi, że nie ma sensu czekać, tym bardziej, że wielu znajomych, którzy są „sparowani” – mieszka razem od lat. Ale tutaj oczywiście – każdy niech robi jak ma ochotę. Może moja sytuacja była inna – jestem z obcego kraju, przez długi czas nie miałam pracy, nie miałam podstawowego poczucia bezpieczeństwa w Hiszpanii, stabilizacji materialnej, rodziny czy dobrych znajomych… To na pewno też wpłynęło na fakt, że pomysł wzięcia ślubu z Miguelem bardzo mi przypadł do gustu. 

Więc moje podejście w tej kwestii jest jak najbardziej „typowe” i „sztampowe”, ale jeśli ty nie chcesz brać ślubu w wieku 30 lat, to spokojnie, w Hiszpanii jesteś jeszcze młodym szczawiem i nikt nie będzie cię o to nagabywał. Jest czas.

Kolejny temat… Też związany z zakładaniem rodziny 🙂 

Nie chcę mieć dzieci

Po pierwsze, widzę tu większe niż w Polsce zrozumienie w stosunku do osób, które nie chcą mieć dzieci. W tym przypadku szczególnie chodzi o kobiety, bo jak wiadomo, facetom czas się tak szybko nie kończy. Późne macierzyństwo (dla mnie późne – dla Hiszpanek „normalne”) nie przeszkadza im w niczym, wręcz przeciwnie. Kobiety powyżej 35 roku życia które znam (dziewczyny albo żony kolegów mojego męża) otwarcie mówią, że jeszcze nie nadszedł na nie czas albo że w ogóle nie wiedzą czy chcą mieć dzieci, że najpierw chcą zająć się karierą, że chcą jeszcze „pożyć”, itp.

Dla mnie na początku było to dziwne. Jak to? Nie chcesz mieć dzieci? Ale przecież upłynie czas, będziesz miała 40 lat i co? – tak samo jak one się dziwiły na moje „wczesne” wzięcie ślubu (28 lat, no bez przesady – ale dla nich to było jak skok w przepaść) czy macierzyństwo, ja czułam się nieskrępowana, żeby (tak między nami, rzecz jasna) zapytać. I tutaj nasze drogi się rozchodzą, bo jedna nie potrafi zrozumieć drugiej. Oczywiście szanujemy swoje wybory, ale w głębi duszy się nie rozumiemy.

– No i co, w wieku 40 lat też mogę mieć dzieci. Znam kobiety, które mają dzieci nawet później. Dziecko trochę ogranicza moją karierę i moje podróże, nie czuję się na to gotowa.

Przysięgam, to jest autentyczna odpowiedź jednej ze znajomych. Tej, która nie odrzuca bycia matką, jedynie „przekłada” na później. Nie wiem co na to powiedzą jej jajniki, ale ostatnio nawet wśród moich koleżanek (tych 35+) wyszedł temat mrożenia komórek jajowych, więc jakoś o tym myślą.

Nauczyło mnie to bardzo dużo szacunku – do decyzji innych, tego jak ważne jest nie osądzać na podstawie własnego życia  i przekonań. Jedyne na co się odważam, to powiedzenie, że ja tego nie rozumiem i że dla mnie to nie jest opcja, żeby z własnego wyboru odłożyć macierzyństwo. Wcześniej żyłam z klapkami na oczach, przecież jeśli nie masz dziecka w wieku 30 lat, to jest jakaś porażka życiowa! A no właśnie, nie jest. Dziękuję Hiszpanio, że mi to pokazałaś, nie tylko na tym jednym przykładzie.

Kwestia „późnego” macierzyństwa w Hiszpanii wiąże się nie tylko z takim podejściem, jak wyżej opisane. Wiele kobiet chce mieć dziecko wcześniej, ale mówią, że nie mogą sobie na to pozwolić. Kiedyś, pod jakimś alarmującym artykułem internetowym na temat „Hiszpanki są matkami coraz później”, widziałam komentarze kobiet, które pytały: No i co? Jak mam zostać matką, jak mam zajść w ciążę, skoro mam umowę śmieciową (tak, w Hiszpanii też takie istnieją), żadnej ochrony” albo „Przepraszam bardzo, mam sprowadzić na ten świat dziecko, jeśli pracuję od umowy do umowy w różnych miejscach, żadna umowa nie przekracza okresu kilku miesięcy, a potem co? Dziecko na siebie nie zarobi. W moim przypadku to by była skrajna nieodpowiedzialność. I tak, bardzo chciałabym mieć dziecko„.

Praca „od umowy do umowy”, po kilka miesięcy, albo nawet tygodni, jest w Hiszpanii jak najbardziej oferowana. Zarówno w biurach, jak i w sklepach czy restauracjach, jako praca oferowana przez agencje pracy tymczasowej czy pracodawców, którzy próbują w jakiś sposób obejść prawo. Niestety. I w takich sytuacjach czuję, że mi serce pęka. W Hiszpanii nie ma takiej ochrony kobiety w ciąży jak w Polsce, np. nie ma automatycznego przedłużenia umowy zawartej na czas określony, jeśli termin jej zakończenia przypadłby po 3 miesiącu ciąży, do czasu porodu. Jeśli kobieta ma szczęście, że jej umowa trwa do dnia porodu (lub dłużej), to o ile później jej ktoś tą umowę odnowi (chyba w snach, no ale załóżmy), to urlop macierzyński trwa zaledwie 16 tygodni, czyli w praktyce 3,5 miesiąca. Później trzeba wrócić do pracy (albo szukać nowej), co oznacza, że GDZIEŚ trzeba zostawić do 4-miesięczne dziecko. Najczęściej w żłobku, który też kosztuje. Wymogi, aby dostać się do państwowego żłobka są dość wyśrubowane, w znaczeniu że w niektórych miastach i niektórych dzielnicach (gdzie mieszka dużo młodych rodziców itp.) trzeba być naprawdę „biednym”, żeby się dostać. Więc to też nie zawsze jest dobre rozwiązanie.

Jestem homoseksualistą

Homofobom dziękujemy. 

No i super, a ja jestem hetero. W Hiszpanii owszem zdarzają się homofobiczne zachowania, ale jak pisałam w innym wpisie, spotkanie w Madrycie na ulicy pary chłopaków czy pary dziewczyn trzymających się za ręce, przytulających czy całujących się, nie jest niczym dziwnym. I żeby było jasne: widuję o wiele więcej całujących się par heteroseksualnych niż homoseksualnych. To tak gdyby ktoś miał się zgorszyć.

I powiem szczerze: mnie nie interesuje czy ktoś jest aseksualny czy biseksualny, a może lubi się przebierać za kogoś innego, a może czuje, że jego płeć jest inna niż z jaką się urodził. Nie wiem nawet jak to się nazywa, nie potrzebuję tego wiedzieć, bo dla mnie to nie ma najmniejszego znaczenia. Jeśli będzie chciał to mi o tym opowie i powie jak to się nazywa i co czuje i kto mu się podoba, jeśli nie to nie, ale co mi do tego? Tak jak w każdej sprawie życiowej – dopóki nie robi się nikomu krzywdy, niech każdy żyje swoim życiem.

Kiedy byłam na Erasmusie w Hiszpanii, w 2010 roku, po raz pierwszy zetknęłam się ze zdeklarowanymi gejami. Po pierwsze, było po nich widać – nikt nie musiał się z niczym ukrywać, na dodatek mieli swój wyraźny styl, którego nie tylko nie wstydzili się, a wręcz podkreślali, a po drugie – mówili o tym bez żadnej krępacji (ale uwaga, bo już widzę co powiedzą mohery: wcale nie emanowali swoją orientacją – mówili o tym gdy rozmowa zeszła na ich życie prywatne, gdy temat tego dotyczył, gdy ktoś spytał itp). Niepytani nie opowiadali o swoich łóżkowych podbojach. Tak samo jak wśród osób heteroseksualnych, domyślam się, że wśród homoseksualistów jest podobnie: niektórzy uwielbiają opowiadać o tym, z kim się przespali, a inni nie. Ja żadnych historii od nich nie słyszałam.

Miałam wtedy 22 lata, wcześniej mieszkałam w Warszawie (no… jakby nie patrzeć, duże miasto, człowiek myśli że to taka metropolia i w ogóle) i naprawdę miałam wrażenie, że mam otwartą głowę i umysł na nowe rzeczy. No ale tak nie było. Po kilku miesiącach Erasmusa dowiedziałam się, że dwóch naszych kolegów (takich, którzy oficjalnie „nie wyszli z szafy” albo przynajmniej nigdy o tym nie rozmawialiśmy) spało ze sobą. Taki „one night stand”, przygoda na jedną noc. Nie wiem kto komu powiedział i kto dalej przekazał, no ale wiadomo, plotki roznoszą się z prędkością światła. I wtedy zamarłam. Dotarło do mnie, że oni byli razem. Nie mogłam sobie tego przyswoić. Ta wiadomość była dla mnie bardzo szokująca. I jako że wtedy już „chodziłam” z moim obecnym mężem, powiedziałam mu o tym, dzieląc się także moimi uczuciami, że jak to, dwóch facetów, że jak to, oni byli razem w łóżku, ojej, no że to była dla mnie taka niesamowita, niewiarygodna wiadomość, czułam się z nią co najmniej tak niewygodnie, jak gdyby wpadł mi kamień do buta i uwierał.

Miguel mnie troszkę wyśmiał, z całą czułością świata i patrząc na mnie jak na naiwną gąskę, która w d.. była i g… widziała, ale jednak wyśmiał. Spojrzał mi w oczy i spytał, dlaczego mnie to tak szokuje? („Nie wiem, nigdy nie miałam do czynienia z czymś takim…”)

Czy w Polsce nie ma gejów? („No… chyba są, ale nie znam żadnego albo z żadnym o tym nie rozmawiałam, albo.. no nie wiem!”)

Czy to jest coś złego, że dwóch chłopaków się bzyknęło, czy kogoś to skrzywdziło? Czy kiedy my się bzykamy to komuś dzieje się krzywda? („No… nie.”)

Dlaczego, przez moje wielkie zdziwienie, daję do zrozumienia, że ja mam prawo żeby być z drugą osobą, a inni już niekoniecznie? („Nie… wcale nie chciałam czegoś takiego…”)

I zadał mi jeszcze kilka podobnych pytań – sądzę, że po części abym zdała sobie sprawę, że bycie gejem to nie jest nic strasznego, a z drugiej autentycznie był ciekaw, dlaczego tak mnie to zszokowało, co mu odpowiem, co ta Polka sobie myśli. Teraz przyznaję się: jest mi autentycznie wstyd za taką pierwszą reakcję. Oczywiście moja reakcja była jedynie „wewnętrzna” i rozmawiałam o tym co czuję tylko z Miguelem, ale to co przeżywamy, świadczy o nas, bezapelacyjnie. Nigdy wcześniej nie zetknęłam się z tematem homoseksualizmu, oprócz żartów np. ze szkoły (kiedy człowiek nie ma tak naprawdę pojęcia o niczym…). I z drugiej strony – przyznaję, że teraz trochę rozumiem co mogą czuć osoby homofobiczne (podkreślam – TROCHĘ).

Jeśli czegoś nie znasz, nie wiesz jak to wygląda, nie rozmawiałeś nigdy z żadnym gejem – niektórzy mogą sobie, świadomie lub podświadomie, szczególnie w atmosferze panującej ostatnio w Polsce, założyć że to coś strasznego, dziwnego, gorszego, że taka osoba zacznie opowiadać o swoich przygodach seksualnych na prawo i na lewo, deprawować dzieci i starsze panie i że w ogóle to nie ma w życiu innej rzeczy do robienia i do rozmowy niż seks (czy naprawdę nie ma takiego podejścia do tematu homoseksualizmu i tego całego LGBT, które jak mówiłam, nie wiem co dokładnie oznacza i jak się nazywają poszczególne określenia orientacji seksualnej czy płciowej? Dla mnie chodzi po prostu o to, że każdy może być takim, jakim się urodził). Bo ja oczywiście w żadnym wypadku nie przestałam rozmawiać z tymi kolegami, nasza relacja „znajomi z Erasmusa” nie zmieniła się, a już przez myśl mi nie przeszło dyskryminowanie ich, szykanowanie itp. Pomimo mojego młodzieńczego i naiwnego szoku 🙂

Jestem bardzo wdzięczna Miguelowi, że zadał mi takie pytania, to nie było nawet wypowiedzenie jego opinii, a zmuszenie mnie do myślenia, co z tymi gejami, są ok czy nie? Jakie ja sama mam na ten temat zdanie? Polecam taką strategię do rozmowy z osobami, które mają jakieś wątpliwości (oczywiście jeśli chcą rozmawiać na ten temat, bo sama się spotkałam z takimi, dla których temat jest trudny psychologicznie, z powodu jakichś tam przekonań, nie ma co z nimi gadać). 

W Hiszpanii temat ten jest dość powszechnie oswojony, że tak nieładnie powiem. W hiszpańskiej wersji programu First Dates (w Polsce znanego jako Pierwsza randka – polskiego nigdy nie oglądałam, więc nie wiem czy oprócz podobnego formatu jakość programu jest taka sama ;)) bez problemu zapraszane są pary homoseksualne, nie wywołuje to żadnego zgorszenia, a moi teściowie (83 i 73 lata) podczas oglądania tego programu, nie wypowiedzieli ani jednego komentarza ani się nie zdziwili, nic. Było to dla nich coś zupełnie normalnego. Więc to nie tylko młode osoby są przyzwyczajone do tematu. Chociaż już od młodości (żeby nie powiedzieć „maleńkości”) temat jest poruszany. Ostatnio znajoma opowiedziała mi, że jej dziecko w przedszkolu miało zajęcia na temat różnych modeli rodziny. Że dziecko może mieć mamę i tatę, tylko jedno z nich, a może też mieć dwie mamy albo dwóch tatusiów.

U mnie w bloku mieszkają w jednym mieszkaniu dwie kobiety, jakiś czas temu jedna z nich była w ciąży, a teraz wychodzą na spacer z wózkiem z córeczką. Siostry? Chyba nie, nie są zupełnie podobne. Zawsze mówimy sobie cześć, ale tak naprawdę to nawet do głowy mi nie przyszło, żeby poruszać ten temat z Miguelem, nawet w stylu „widziałeś? Dwie dziewczyny. Mają córkę”. A często jedziemy razem windą albo się spotykamy na osiedlu. Jest to najzupełniej normalne. Nie interesuje mnie nawet czy córka jest ich, czy tylko jednej z nich, nie wiem i póki dziecko jest szczęśliwe, to niech sobie miło żyją.

I mimo że nie wykluczamy z mężem przeprowadzki do Polski (albo do jakiegoś innego kraju) w przyszłości – wszystkie opcje są możliwe, głównie będziemy się bazować na możliwościach zawodowych – to na chwilę obecną jest bardziej prawdopodobne, że będziemy mieszkać w Hiszpanii. I cieszę się, że mój syn będzie mieszkał w takim kraju, że pozna różnorodność, nawet sobie myślę, że jeśli on by był z takich co się lubią przebierać za kobietę, to tutaj będzie o wiele bardziej szczęśliwy niż w Polsce. 

Na koniec tematu podam jeszcze nagranie, które zawsze mnie wzrusza – bo tak, ja czasem narzekam na Hiszpanię, ale to video moim zdaniem pokazuje jaka jest mentalność Hiszpanów. Nie wątpię, że większość Hiszpanów (nawet moja teściowa, ponad 70 lat) by postąpiła tak, jak na nagraniu. I nie mam pojęcia, czy to jest prawdziwa „ukryta kamera” czy po prostu kampania przeciwko homofobii z aktorami (zbyt dobrze mówią po angielsku, jak na przypadkowych Hiszpanów z ulicy, ale może próbowali znaleźć do skutku, aż ktoś będzie w stanie się dogadać). Przypuszczam że kampania z aktorami, ale i tak mi się podoba. Nagranie jest po angielsku, z napisami, ogólnie osoby znające trochę angielski i trochę hiszpański powinny zrozumieć bez problemu. Moim zdaniem strzał w dziesiątkę!

„Inny” wygląd

Cokolwiek, co odbiega od normy. Kolczyk gdzieś na twarzy, tatuaż, fantazyjne ubranie, dredy, łysa głowa. Nie mówię o transformacji ciała do robota i tatuowaniu twarzy, ale o tym, że w Hiszpanii jest o wiele łatwiej niż w Polsce zobaczyć ludzi, którzy mają, nazwijmy to, swój (bardzo mocno wyrażony) styl. Jesteś heavy metalem, a może masz fioletowe włosy i 10 kolczyków w jednym uchu, a może ubierasz się jakoś „dziwnie” (według bliźnich), jesteś dziewczyną i nie golisz nóg, jesteś chłopakiem i lubisz buty na platformach, cokolwiek. Tutaj nie będziesz aż tak „dziwny”, zapewniam. I o ile np. miejsca pracy mogą mieć już swoje wymogi, że tak możesz wyglądać, a tak nie możesz, to w życiu prywatnym, po godzinach, możesz ubrać się jak zechcesz, pomalować jak zechcesz, nikomu to nie będzie przeszkadzało. 

Ogólne przekonania, wierzenia, itp.

Moim zdaniem, jeśli wierzysz w energię kosmiczną, Pana Boga z Biblii, Buddę, nosisz burkę czy inne podobne rzeczy – w Hiszpanii nie będziesz mieć z tym żadnego problemu. Tak samo jak z tym, w co nie wierzysz. O ile nie chodzisz na spotkania kółka teologicznego, raczej nikt się ciebie nie spyta o wiarę, jest to uznawane za dość intymny temat. Co ma też drugą stronę medalu: jeśli nikt cię nie pyta, to znaczy, że najprawdopodobniej nie interesują go twoje poglądy na temat aborcji, wiary czy reinkarnacji. Oczywiście zawsze możesz powiedzieć w towarzystwie „ponieważ jestem osobą wierzącą, dla mnie ważne jest to i to” – najczęściej spotka się to z akceptacją i szacunkiem i tyle. Jeśli chodzi na temat np. aborcji, to rozmawiałam o tym tylko z Hiszpanami, z którymi jesteśmy bardzo dobrymi znajomymi, wśród takich „zwykłych” znajomych temat raczej nie wychodzi na powierzchnię. Może i lepiej.

Mam np. znajomą (Hiszpankę), która jest skrajną, ale powtarzam, skrajną wyznawczynią hiszpańskiej lewicowej (żeby nie powiedzieć komunistycznej?) partii Podemos, i gdy tylko wyszło na jaw, że nie mamy zgodnych poglądów politycznych, to po prostu nigdy nie wróciłyśmy do tematu. Bo po co? Żeby się kłócić? Ja szanuję to, co myśli ona, a ona szanuje to, co myślę ja. PS. Wydaje mi się, że nie przesadzę, jeśli porównam hiszpańską prawicę albo przynajmniej środek sceny politycznej do polskiej lewicy. Kiedyś wyczytałam (bo polityką się w ogóle nie interesuję…), że prawicowa partia Partido Popular wnioskowała o to, żeby dziewczynki poniżej 18 lat, jeśli zdecydują się na dokonanie aborcji, musiały obowiązkowo pójść z rodzicem (czyli chodziło o zgodę przedstawiciela prawnego), czaisz? (Z tego co się orientuję, zmiana ta weszła w życie, wcześniej nastolatka mogła dokonać aborcji bez wiedzy rodziców już od 16 lat.) Wyobrażasz sobie takie coś w Polsce? Więc partia Podemos to inna bajka niż np… SLD (istnieje to jeszcze?) czy taka partia Wiosna. Ale dobra, zostawiam już aborcję, bo to temat rzeka w każdym kraju. 

Jedynym ruchem (z takich powiedzmy, ogólnie występujących w społeczeństwie, nie mówię o skrajnościach politycznych typu faszyzm itp.), który wydaje mi się dość potępiany w Hiszpanii (ale szczerze – to z takich ogólnych obserwacji, też nie prowadzę jakichś szczególnych badań na ten temat) jest ruch antyszczepionkowy (który w Hiszpanii jest jednak znacznie znacznie bardzo mniejszościowy). Wiąże się to pewnie jednak z tym, że nieszczepienie dzieci może spowodować zarażenie innych dzieci (które np. nie mogą zostać zaszczepione ze względów medycznych), co już wykracza poza „a co to komu szkodzi”.

Nie mam białego koloru skóry

Ten temat nie jest mi tak bliski jak homoseksualizmu, mam więcej homoseksualnych przyjaciół niż o innym kolorze skóry, ale ogólnie podsumowanie jest podobne. W metrze w Madrycie (bo nie wiem jak w wiosce mającej 400 mieszkańców, domyślam się, że jest znaczna różnica) w jednym wagonie spotkasz się z kilkoma odcieniami skóry pasażerów, bo oprócz Hiszpanów są tu także osoby ze Wschodu (zarówno z Europy jak i z Chin i innych azjatyckich krajów), osoby z Ameryki Środkowej i Południowej (i oni mają między sobą tyle różnic! Dopiero po dłuższym pobycie zaczęłam sobie zdawać sprawę z tego, że naprawdę mają swoje podobieństwa i różnice), Arabowie, a także osoby pochodzenia afroamerykańskiego – że już taka będę poprawna politycznie. Czyli osoby rasy czarnej. Jaki jest z nimi problem? A no ja mam z nimi jeden poważny problem.

Ogólnie w Hiszpanii, wstępnie, mile widziani są wszyscy, którzy nie zakłócają porządku społecznego, którzy się asymilują, którzy nie sprawiają większych problemów, no i którzy współpracują, dokładając się do budżetu państwa, w taki czy inny sposób. Teoretycznie ci Murzyni nie sprawiają problemów, ale dla mnie tak. Nie wiem czy jest ci znane określenie „manteros„, są to właśnie osoby rasy czarnej, które sprzedają podróbki torebek, adidasów, filmów, płyt, itp na dużych kawałkach materiału, tzw. „mantas”. Lokują się na ulicy, w przejściu w metrze, w miejscach, gdzie przechodzi dużo ludzi. Manteros teoretycznie są ścigani przez policję, ale czasami zaczynam w to wątpić, bo w Madrycie jest ich naprawdę wielu. Ich „zaleta” (jako kolektywu i jednocześnie siła) jest taka, że często ustawiają kilka swoich „stoisk”, jeden obok drugiego i każdy z nich patrzy czy nie nadchodzi policja, która mogłaby skonfiskować towar, wlepić mandat albo nawet zabrać na komisariat. Jeśli ktoś widzi nadchodzącą parę policjantów, daje znak innym i szybko zwijają swoje stoisko (ten kawałek materiału jest rodzajem „worka” i jeśli pociągną za sznurki umocowane na każdym jego rogu, mogą go sobie założyć na plecy i spokojnie odejść. Ostatnio nawet słyszałam, że policja nic sobie nie robi z działalności manteros i po prostu patrzy na nich przez palce, bo w mieście dzieją się ważniejsze rzeczy, niż gonienie za kilkoma Murzynami, którzy i tak nie mają żadnego dokumentu, oficjalnego adresu itp. No i co mnie wkurza? Że ja, żeby móc sprzedać mój kurs hiszpańskiego albo żeby klient mógł mi zapłacić za tłumaczenie (i żebym mogła mu wystawić fakturę), muszę zapłacić 283 euro miesięcznie hiszpańskiego ZUSU, który wydaje mi się tak samo bezużyteczny jak ten polski, bo na żadną emeryturę nie mam co liczyć, a taki mantero sobie sprzeda kilka podróbek torebek znanych marek i w nosie ma ZUS czy inne instytucje. Jest to problem nie tylko Madrytu, ale i Barcelony, Walencji czy Malagi.

Zdjęcie poniżej ukradłam od El País, jeśli klikniesz na twarz tego mantero, to przeniesiesz się do artykułu po hiszpańsku.

manteros co to jest

Rozumiem, że ci manteros są biedni, nie mają za co żyć, przypływają na swoich łódkach na to hiszpańskie wybrzeże i nie bardzo mają co robić innego, ale… No właśnie dlatego. Ja nie lecę do Stanów Zjednoczonych, gdzie być może nie miałabym pracy albo gdzie Trump lada dzień może wydać bezwzględny zakaz pracy dla Polaków, albo do Chin gdzie co tydzień odcinają internet światowy, bo taka polityka (nie mogłabym pisać bloga, ponoć nawet vpn nie działa itp), właśnie dlatego, bo myślę o tym, co zrobię jutro, że jakoś sobie muszę poradzić, że wszystko trzeba załatwić legalnie i po kolei. I wiem, że dla nich to też nie jest wymarzona praca życia, ale mnie interesuje tylko to: czy oni płacą podatki i ten głupi ZUS? Bo ja płacę.

Drugą kwestią, nie do końca dla mnie jasną i szczerze – trochę to mi brzmi jak jakaś legenda miejska, jest to, że słyszałam, że sprzedaż takich podróbek jest finansowaniem Państwa Islamskiego czy innej Al Kaidy. Ponoć towary wchodzą do Hiszpanii przez Portugalię, żeby nie wzbudzać podejrzeń, a potem część zysków leci sobie do ISIS, ale to nie jest jakaś potwierdzona informacja, tylko mi się obiło o uszy, że tak naprawdę to jest jedna wielka zorganizowana mafia torebkowa. No bo w sumie skąd ci manteros mają tyle podróbkowych adidasów i torebek? Nie mam pojęcia czy to prawda, ale jest to kolejny powód do niekupowania takich rzeczy. Oprócz tego manteros działają na szkodę dużych marek, ale nie tylko – także na szkodę małych, lokalnych sklepów, które sprzedają takie produkty. Torebki, buty czy okulary słoneczne – te podróbki – nie przeszły żadnej kontroli jakości i jest raczej pewne, że ich jakość nie jest prima sort. Na dodatek w Madrycie możemy otrzymać mandat za kupowanie takich produktów – od 150 do 6 000 euro! (W innych miastach prawdopodobnie też, ale wysokość mandatu jest ustalana przez władze lokalne.)

W moim przypadku chodzi więc nie tyle o kolor skóry, ale o to, czy ktoś prowadzi swój biznes, jakikolwiek by on nie był, legalnie

Natomiast dodam jeszcze jedną rzecz. Moja teściowa głosuje na prawicę, co niedzielę jest w kościele i przy każdym większym święcie każdej Matki Boskiej też, a gdy tylko widzi w telewizji łódki z przypływającymi na hiszpańskie wybrzeża różnej maści (dosłownie…) osobami z różnych krajów krajów, tylko wzdycha i mówi: „Biedni. Bardzo jest mi ich żal. Oby w życiu im dobrze poszło, w Hiszpanii czy w innym kraju”. Taka z niej kochana chrześcijanka. 

Uczysz się hiszpańskiego? A może chcesz zacząć się uczyć tego języka?

Mam coś dla Ciebie: bezpłatny mini kurs hiszpańskiego, na który możesz się zapisać w każdej chwili!

Wiem, że moi czytelnicy są na różnych poziomach języka, dlatego przygotowałam mini lekcje na wszystkich poziomach, od początkującego A1 do poziomu C2. Na pewno znajdziesz coś interesującego dla siebie!

bezpłatne lekcje hiszpańskiego online