//5 lat temu – Erasmus w Saragossie
Erasmus w Saragossie opinia

5 lat temu – Erasmus w Saragossie

Trochę mi się zebrało na wspominki!

Dokładnie 5 lat temu wyjechałam z Polski do Hiszpanii na 5-miesięcznego Erasmusa do Saragossy. Oficjalnie – studiowanie prawa na hiszpańskiej uczelni, doskonalenie języka. W praktyce – tak, możecie się domyślać jak było, impreza od wtorku do niedzieli i trochę nauki pod koniec semestru, oblane dwa egzaminy (powiedzmy sobie szczerze, za bardzo się tym nie przejęłam, chociaż hiszpański pan profesor od prawa wyznaniowego zapraszał mnie na poprawkę za kilka miesięcy, łatwiej i taniej wychodziło mi zaliczyć jakiś inny przedmiot na mojej uczelni w Warszawie, co też zrobiłam). Leciałam z Warszawy do Barcelony, gdzie miałam dwa dni na zwiedzanie, a potem jechałam do Saragossy. Poniżej ja (aaaa, ale krótkie włosy!!) w barcelońskim Parku Guell, jeszcze wtedy nie trzeba było płacić za wstęp 🙂

P1020099

Jaka byłam i czego oczekiwałam?

Miałam 22 lata, nie lubiłam mojego imienia Olga i wszystkim przedstawiałam się jako Ola, co przysporzyło mi nie lada problemów (jak pewnie każdy wie, po hiszpańsku Hola oznacza cześć, a że h jest nieme, to czyta się „ola”). Nie byłam osobą ani zbytnio imprezową, ani zbytnio pilną w nauce, za to kręcił mnie język hiszpański i lubiłam (i do tej pory lubię!) podróżować! Dlatego nastawiłam się na naukę języka i zwiedzanie. Postanowiłam, że nie będę mieć polskiej paczki znajomych, nie chodziło o narodowość, ale o język. Poznałam kilku Polaków, w większości byli super, ale nie staliśmy się przyjaciółmi, oni mieli bardziej „polską” grupkę, ja chciałam mówić po hiszpańsku. Może z upływem czasu trochę żałuję, że nie miałam z nimi więcej kontaktu, no ale cóż, będę wiedziała na przyszłość.

Jak spędziłam mojego Erasmusa? Coś bym zmieniła? 

Już napisałam wyżej 🙂 Piłam, paliłam, wracałam do domu z barów czy dyskotek o 3 w nocy czy nawet o poranku, moja wątroba na pewno doznała stałego uszczerbku, ale sądzę, że to było trochę odreagowanie. W Polsce studiowałam zaocznie i pracowałam w korporacji, sama płaciłam za studia, miałam za sobą etap usamodzielnienia się (tuż przed Erasmusem wróciłam do domu rodziców, gdyż rozstałam się z byłym chłopakiem, takie tam historie), więc za gaz i za światło też sama płaciłam. Nie wychodziłam na imprezy, bo nie lubię się stroić po to, żeby jakiś paker na bramce mógł mnie ocenić czy jestem wystarczająco odstawiona, żeby wejść do jego klubu. Przed Erasmusem nie piłam jakoś szczególnie, powiedzmy że wyrabiałam średnią normę osoby pracującej i studiującej, czyli niewielką, nie było na to zbytnio czasu. Po powrocie z Erasmusa wróciłam do mojego grzecznego i odpowiedzialnego stylu życia, więc zwyczaje nabyte w Hiszpanii nie odbiły na mnie większego piętna.

Poznałam wiele osób z różnych krajów, zachorowałam na zapalenie płuc, bo o siebie nie dbałam, więc lekcje hiszpańskiego „U lekarza” też się przydały, nauczyłam się podstaw włoskiego, odwiedziłam kilka fajnych miejsc (Barcelona, Madryt, Sewilla, Kadyks plus kilka pomniejszych miejsc w Aragonii, wspólnocie autonomicznej, w której leży Saragossa), zobaczyłam na własnej skórze jak to jest mieszkać za granicą, co jest fajnego w Hiszpanach, a co mi się w nich nie podoba, czułam się bardzo fajnie studiując na hiszpańskim uniwersytecie, co w znacznej mierze opierało się na siedzeniu w uniwersyteckiej kafeterii i plotkowaniu z moimi najlepszymi koleżankami Włoszkami, odkryłam, że lubię przemawiać publicznie wśród Hiszpanów, bo mój hiszpański był już na tyle dobry, że mogłam czuć się całkiem pewnie… To było pięć miesięcy pełnych nowych doświadczeń i wspaniałych chwil.

Jeśli chodzi o to, czego żałuję, to podtrzymałabym więcej erasmusowych znajomości. Do teraz mam aktywny kontakt (czyli coś więcej niż klikać „Lubię to” na Facebooku) z kilkoma osobami, ale gdybym się troszkę postarała, mogłabym mieć o wiele więcej znajomych w różnych krajach. Co często przydaje się przy podróżowaniu 😉

Zdjęcie zrobione w grudniu:

156642_175303999155856_8050797_n

Zdrowe odżywianie nie było naszym priorytetem… Całe szczęście, że moją najlepszą erasmusową przyjaciółką była Martina, Włoszka, która we krwi miała codzienne gotowanie pasty (makaronu). Czasami się załapywałam na obiadek u niej. A czasami ja i jeszcze 7 innych osób. Na zdjęciu ponad kilogram pasty plus akcesoria dodatkowe:60585_157590677593855_6349353_n


 

Opiszę teraz trochę szaloną historię… Do dzisiaj trochę się wstydzę ją opowiadać i niewiele osób ją zna, ale jako że właśnie minęło 5 lat od momentu gdy się wydarzyła, ogłaszam czyn za przedawniony i przyznaję się do mojej… ekhem, głupoty.

Przed wyjazdem na Erasmusa zapisałam się do wszystkich możliwych grup na Facebooku typu: Erasmus Zaragoza 2010-11, Erasmus prawo 2010 itp. Najczęściej młodzi ludzie z wielu krajów szukali w nich mieszkania na czas swojego pobytu w Hiszpanii lub zawierali pierwsze znajomości. Po kilku dniach napisał do mnie prywatną wiadomość jeden chłopak, trochę się zdziwiłam, no ale całkiem racjonalnie wyjaśnił mi swoje motywy: był Hiszpanem, skończył prawo i starał się o pracę w jednej z firm w Polsce. Jako że widział, że ja studiowałam prawo, napisał do mnie z kilkoma pytaniami, czy mogłabym w razie czego mu odpowiedzieć na jakieś jego wątpliwości dotyczące Polski. Ja zawsze jestem bardzo chętna do pomocy, może nawet zbyt naiwna (no dobrze, BYŁAM, teraz Miguel dał mi już szkolenie jak spławiać niechcianych kolesi), więc napisałam że pewnie, bez problemu. Pisaliśmy do siebie przez kilka tygodni, nadszedł czas mojego wyjazdu do Hiszpanii no i Pan Prawnik zapytał mnie czy mam gdzie przenocować podczas moich pierwszych dni pobytu w Saragossie, a na moją odpowiedź, że planowałam spędzić kilka pierwszych nocy w hostelu, zaprosił mnie do siebie do domu. O-oł, poczułam się nieswojo, jasne jasne, już znamy takie historie. Zapewnił mnie, że ma dla mnie osobny pokój i że będę mogła korzystać z jego mieszkania również gdy on będzie pracował (przyjeżdżałam do Saragossy w niedzielę po południu, a w poniedziałek on szedł do pracy).

Co byś zrobiła na moim miejscu? Zgodziłabyś się?

Pomyślałam sobie: pal sześć. Jeśli się spotkamy na stacji (miał mnie odebrać) i coś mi się nie spodoba, to powiem, że się z kimś jednak umówiłam, przepraszam i pójdę. A jeśli nie, to pojadę do niego. W chwili gdy piszę te słowa, sama nie wiem jak to jest możliwe, że tak postąpiłam. Gdyby opowiedziała mi to jakaś koleżanka, pomyślałabym, że jest zdrowo stuknięta. Gdyby moja siostra, która teraz ma o rok więcej niż ja wtedy, powiedziała mi, że chce zrobić coś takiego, to bym ją przypięła kajdankami do kaloryfera. Nigdy w życiu, mało to się naczytałaś historii o psychopatach, gwałcicielach i mordercach??

A jednak. Mój 22-letni mózg miał jakieś zaćmienie. Proszę mieć na uwadze, że ja zwykle jestem (i wtedy też byłam lub przynajmniej chcę tak myśleć) bardzo rozważną i ostrożną osobą. Nie chodzę po nocy po ulicy. Nie lubię sportów ekstremalnych. Nie jestem fanką mocnych wrażeń, ryzyka. Może miałam jakieś tam lata młodości i drobnych szaleństw, ale nigdy nie szukałam przygodnych relacji seksualnych. To tak w celu uściślenia, jakby ktoś miał jakieś wątpliwości. Przeszło mi przez myśl coś w stylu: a co jeśli on jest zboczeńcem? Jednak szybko się zmyło, a ja byłam podekscytowana całym wyjazdem, pierwszym w życiu na tak długo i w ogóle, bo to przecież coś fajnego wyjechać tak samej do Hiszpanii!

Przyjechałam na stację do Saragossy. Zdzwoniliśmy się, okazało się, że stacja jest mega wielka i ma 10 wyjść z każdej strony, musieliśmy uzgodnić gdzie się spotkamy. Mówiłam już po hiszpańsku, ale dawanie i odbieranie wiadomości lokalizacyjnych („jestem tutaj i tutaj, aha, więc pójdź w prawo a potem skręć w lewo, wjedź windą na piętro 0 i tam będę czekał„) było dla mnie nadal trudne. No ale w końcu osiągnęliśmy sukces i się spotkaliśmy. Dokładnie obczaiłam kolesia. No spoko. O 5 lat więcej niż ja, dobrze ubrany, normalny samochód, opowiadał że jest prawnikiem, wsiadam do samochodu. Zawiózł mnie do siebie do domu, wniósł walizkę do „mojego” pokoju. No tak, prawda, miałam cały pokój dla siebie, z balkonem nawet. Kolo się do mnie nie przystawiał ani nic więc się przestałam zupełnie przejmować i rozpoczęłam mojego Erasmusa! Wyobrażacie sobie ten entuzjazm? Tę radość z powodu nagłych (choć planowanych) 5-miesięcznych wakacji? Dla mnie to były wakacje! Nawet sobie nie pomyślałam wtedy, że mam więcej szczęścia niż rozumu. Mogłam trafić w oślizłe łapska… ech, już nawet wolę nie myśleć kogo!

Pan Prawnik świetnie się mną zajął. Tego samego wieczoru zabrał mnie na tapas (hiszpańskie przekąski w barach), poznałam trochę miasto i przedstawił mnie swoim kolegom. Następnego dnia miał iść do pracy, więc powiedział, że zostawia mi klucze, a że ma tylko jedną parę to fajnie by było jakbym około 19, czyli kiedy on kończy pracę, była w domu. Oniemiałam! Chłopak poznał mnie wczoraj a dzisiaj zostawia mi klucze do siebie do domu, pełna dyspozycja, a sam idzie do pracy!! Martwił się też, czy nie będę się czuła samotna, dlatego umówiliśmy się na obiad na mieście („Ja zapraszam” – Pan Prawnik pewnie domyślał się, że budżet studentki nie jest jakiś wielki). Po dwóch dniach znalazłam mieszkanie, no dobrze, pokój do wynajęcia, więc pomógł mi w przeprowadzce.

Zgadnijcie kim jest mężczyzna, obok którego budzę się codziennie, który znosi mój zespół napięcia, który kupuje mi prezenty bez okazji, który w sobotę gotuje dla mnie pyszny obiad i mówi, że mogę sobie w tym czasie pomalować paznokcie albo popatrzeć na Facebooka, który jest dla mnie codzienną inspiracją, który wspiera mnie w nauce francuskiego, pisaniu blogów, we wszystkim co robię, wozi mnie do lekarza, zaprasza do restauracji co najmniej raz w tygodniu, pomaga mi zrozumieć absurdy hiszpańskiego życia i którego widzę jako ojca moich dzieci?

Tak, to jest Pan Prawnik z mojego Erasmusa. Miguel.

Nie będę teraz opisywać naszych perypetii w przeciągu tych 5 lat, ale aktualnie jesteśmy parą od 2,5 roku i jest świetnie.

Nie jest żadnym zboczeńcem jakby ktoś się pytał 🙂 I naprawdę chciał wyjechać do pracy do Polski, w której był już zanim się poznaliśmy.