Hiszpania jest fantastycznym krajem, zarówno na wakacje, jak i do życia, jednak także i tutaj czyhają na nas zjawiska, które skutecznie mogą uprzykrzyć nam życie. O czym mowa? Złodzieje i kłamcy? No niekoniecznie, zapraszam do zapoznania się z subiektywną listą potencjalnych „niebezpieczeństw”, które czyhają na Ciebie w tym pięknym kraju. Niezależnie od tego, czy wybierasz się na wymianę studencką Erasmus, czy też do pracy, a może po prostu na krótszy lub dłuższy pobyt – zapoznaj się i zapamiętaj poniższe punkty.

 

Czy Hiszpania jest bezpieczna?

Tak, moim zdaniem jest bardzo bezpieczna. Nie ma tutaj typowych wandali, kiboli (chyba że przyjadą z innego kraju, np. na mecz), jest za to bogata mieszanka etniczna, która jest dobrze zasymilowana ze społeczeństwem. Pewnie, w każdym mieście są okolice, do których lepiej się nie zapuszczać, ale to chyba wiadomo, niezależnie od tego, czy jest to Madryt czy Łódź.

Jak niektórzy pewnie wiedzą, ja raczej nie wybieram się nigdzie po nocach, ale jak już gdzieś wychodzę, to czuję się bezpiecznie – czy to w centrum miasta, czy to w mojej dzielnicy, a także w nieznanym miasteczku. Nie obawiam się, że zaraz wyjdzie jakiś zbir zza rogu i to jest fajne. Śmiejemy się co prawda ze znajomymi, że wszystkie wydarzenia z kategorii małej  i większej przestępczości dzieją się w Walencji i okolicach (pewnie to coś w stylu podśmiewania się z poszczególnych miast, jak Warszawa z Poznania czy Krakowa, ale nieszkodliwe i niezłośliwe). Wystarczy obejrzeć hiszpańskie wiadomości – wypadki samochodowe, przemoc w rodzinie, różnego rodzaju mrożące krew w żyłach przestępstwa… Wszystko w Walencji. No dobrze, oczywiście to żart, ale od kiedy zaczęłam zwracać na to uwagę, wydaje mi się, że reszta Hiszpanii pozostaje daleko w tyle za Walencją, jeśli chodzi o tego typu wydarzenia.

Teraz skup się i zapamiętaj!

Uważaj na:

#1 SŁOŃCE [kultura opalania]

Hiszpanie już od dziecka wiedzą, że słońce jest wspaniałe, że opala, że jest konieczne do życia, witamina D i te sprawy, ale także że słońce latem może spowodować oparzenia. W żadnym innym miejscu nie widziałam, żeby ludzie nakładali sobie tyle kremu przeciwsłonecznego na plaży co Hiszpanie. Krem jest niezbędnym elementem plażowej torby każdego Hiszpana.

na-co-uwazac-w-hiszpanii-slonce

Pamiętam z dzieciństwa, że jeśli ktoś po pobycie nad polskim morzem nie był czerwony, poparzony, to od razu padało podejrzenie, że „co, chyba pogoda nie dopisała?”. Dlatego jak przez tych kilka dni nad Bałtykiem wychodziło słońce, to trzeba było korzystać, aż do czerwoności skóry i poparzeń.

W Hiszpanii tak nie jest. Pomijam wątek ciemniejszej karnacji, bo tak naprawdę wielu Hiszpanów ma jaśniejszą skórę niż ja, szczególnie na północy, czyli gdzie mieszkałam przez 3,5 roku. Oni po prostu są nauczeni – wiedzą, że poparzenie słoneczne jest czymś złym, że można tego uniknąć i że nie ma potrzeby wystawiania się na działanie szkodliwych promieni bez odpowiedniej ochrony. Nawet jeśli nie zdobędziesz upragnionej opalenizny – nie będziesz przynajmniej wyglądać jak turysta, cały czerwony, z daleka dający się rozpoznać jako ten, co przyjechał na wakacje i nie użył kremu. Mi takie podejście bardzo się podoba – jest odpowiedzialne, nie naraża na raka skóry, zapewnia wygodę podczas wakacji i po nich (no bo takie poparzone ciało to ani ładne ani wygodne, boli).

Polecam więc uważać na słońce. Kremować się. Nie zachowywać się jak nieświadomi turyści, którzy myśląc, że tak się lepiej opalą, nie nakładają kremu, a potem miejscowi (i pewnie inni turyści też) się z nich podśmiewają.

 

#2 Wynajem mieszkań

[pośrednicy – niebędący agencjami nieruchomości]

Podczas mojego Erasmusa zrobiło się głośno o przypadkach (a było ich kilkanaście lub nawet więcej), że zagraniczni studenci wynajmowali mieszkanie od osoby, która określała się jako mająca upoważnienie do wynajęcia mieszkania, ale nie była ona właścicielem. Co się okazywało później? Że kilka osób wymyśliło sobie interes polegający na wynajmowaniu mieszkań na cały rok akademicki od właścicieli, a potem podnajmowali to mieszkanie nieświadomym niczego studentom zagranicznym, oczywiście za cenę wyższą od rynkowej.

Czy jest w tym coś złego?

Nie widzę niczego złego w podnajmowaniu mieszkania, ale chyba idea podnajmu jest inna niż zarabianie na studentach, którzy nie do końca mają rozeznanie w cenach wynajmu mieszkań czy pokoi. Dlatego mi taka procedura się nie podoba i radzę przy wynajmowaniu mieszkania/pokoju pytać, czy osoba jest właścicielem mieszkania i zadać kilka pytań np. z którego roku jest budynek czy coś takiego, żeby sprawdzić, czy osoba naprawdę jest właścicielem. Jeśli się zmiesza lub będzie udzielać wymijającej odpowiedzi, może to być znak, że coś jest nie tak. My przed wynajęciem mieszkania w Madrycie upewniliśmy się, że osoba, z którą rozmawialiśmy była wpisana w Registro de la Propiedad (dosłownie rejestr własności, odpowiednik naszych polskich ksiąg wieczystych).

#3 JEDZENIE

[zabójcze ceny, czekając na ofiarę]

W Hiszpanii wyjście na miasto aby coś zjeść nie musi okazać się strzałem w serce naszego portfela. Pisałam o tym już na przykład TU i TU i TU. Jednak warto uważać w turystycznych miejscowościach, gdzie za butelkę wody w restauracji mogą nam policzyć nawet 5 euro, a już zupełnym zwycięzcą w kategorii „nacinanie turystów na kasę” jest pewien bar z wyspy Formentera (Baleary), który za obiad dla 2 osób wydał rachunek na 337 euro… Za butelkę wody policzyli sobie 8 euro, a za kawę 4 euro (w Hiszpanii to jest BARDZO drogo, kawa kosztuje tutaj od 1 do 2 euro). Danie rybne kosztowało prawie 222 euro, a  za prostą sałatkę, której cena zwykle nie przekracza 7 euro, klienci restauracji musieli zapłacić 19 euro.. Artykuł z opisem zdarzenia (po hiszpańsku) znajdziecie tutaj: http://ultimahora.es/noticias/local/2015/08/12/159013/polemica-por-precio-abusivo-restaurante-formentera-vuelve-viral.html a poniżej zamieszczam zdjęcie paragonu z tegoż samego artykułu:

na-co-uwazac-w-hiszpanii

Wyobrażacie sobie otrzymać taki rachunek? Klient nie miał pojęcia, że obiad, który zjadł był kosmicznie drogi.

#4 Złodzieje walizek

[zanim zdasz sobie sprawę]

Wyobraź sobie taką sytuację: wsiadasz do autobusu. Jedziesz z jednego hiszpańskiego miasta do drugiego, rozpoczynają się Twoje wakacje. Dojeżdżasz już do miejsca przeznaczenia, autobus zajeżdża na stację, parkuje. Ludzie zbierają się do wyjścia z pojazdu, pan kierowca otwiera bagażnik autobusowy, gdzie wygodnie jechała sobie Twoja walizka. W końcu położyłeś ją na stosie innych walizek – na pewno się nie przygniecie!

Nagle, przez okno autobusu, czekając na wyjście, widzisz kolesia, który podbiega zza rogu, rzuca okiem na otwierający się bagażnik, chwyta pierwszą walizkę z góry i odbiega. Tyle go widzieli.

Zaraz!! Przecież on zabrał Twoją walizkę!!

I zniknął!

Wziął pierwszą walizkę, która znalazła się w jego polu rażenia!

Co teraz robić?

na co uważać w hiszpanii

Najlepiej nie dopuścić do takiej sytuacji. Po prostu. Oczywiście Twoja walizka (i jej zawartość) będzie najbezpieczniejsza, gdy będziesz trzymał ją w pawlaczu i nigdy nie będziesz podróżować, jednak są sposoby, aby się chronić przed kradzieżą walizki z bagażnika na dworcu.

Bramka nr 1. Możesz spróbować wyjść z autobusu jako pierwszy. Wiem, trochę wieśniackie, zrywanie się z siedzenia jak tylko autobus się zatrzyma, bieg do drzwi.. Ale czego się nie robi, aby nie dopuścić do utraty posiadanych rzeczy. Na pewno zresztą nie będziesz pierwszą osobą, która tak zrobi.

Bramka nr 2. Przy wkładaniu walizki do bagażnika w autobusie możesz włożyć ją głębiej. Za inne walizki. Tak, aby rączka walizki nie była na wierzchu. Oczywiście, trudniej Ci będzie potem ją wyjąć, ale złodziejowi także.

Bramka nr 3. Możesz mieć walizkę ważącą 30 kilo, wtedy żaden złodziej jej ot tak sobie nie zabierze.

Ewentualnie brzydką i obdartą. Z doświadczenia wiem, że złodzieje skłaniają się ku małym walizkom, które wyglądają na dobre, bo wtedy można przypuszczać, że znajdują się w nich wysokiej jakości i drogie przedmioty.

 

Na szczęście kierowcy autobusów są coraz bardziej świadomi takich sytuacji, dlatego zdarza się, że otwierają bagażnik dopiero gdy pasażerowie opuszczą już autobus. Wtedy prawdopodobieństwo, że każdy otrzyma z powrotem swoją walizkę jest większe.

Kiedyś w Barcelonie na stacji Sants, przy wychodzeniu z autobusu, którym przyjechałam z Saragossy, z ulgą zauważyłam, że całemu procesowi odbierania bagażu przyglądali się uważnie Mossos d’Escuadra – katalońscy policjanci. Bardzo miłe z ich strony, na pewno odstrasza to potencjalnych złodziejaszków, tym bardziej, że mossos budzą respekt.

Z tych powodów nie polecam przewożenia w walizce pozostawianej w luku bagażowym cennych rzeczy, biżuterii, laptopa, itp.

#5 Siesta. Dobrze jest wypocząć

[ale nie jest fajnie gdy apteka jest zamknięta, a Ciebie boli brzuch]

Warto pamiętać, że godziny 13.30-16.30 (najczęściej, ale mogą się różnić) są to godziny, w których Hiszpanie udają się na obiad i popołudniowy odpoczynek. Pisałam już o tym we wpisie o absurdach, jednak się powtórzę. Zamknięte są wtedy sklepy, apteki, warzywniaki, papiernicze, punkty ksero, itp.

A najbardziej prawdopodobne jest, że zamknięty będzie akurat sklep czy też punkt świadczący usługę, której będziesz potrzebował naprawdę pilnie pilnie. Uwierz mi, doświadczyłam tego. No i co możesz zrobić? Chyba nic, tylko spokojnie poczekać aż otworzą.

Na szczęście wymówka siesty i zamkniętych sklepów z jej powodu jest powszechnie obowiązująca i akceptowana. Każdy zrozumie. W końcu to święty moment w ciągu dnia.

#6 Hiszpański podryw

[nie daj sobie zamydlić oczu, uszu ani nic! na drzewo!]

Punkt skierowany bardziej do pań, bo to niestety my mamy tendencję do brania na serio tego, co mówią nam inni ludzie (czyli mężczyźni również, w celach randkowych). To Hiszpanii i/lub od Hiszpanów otrzymałam więcej propozycji randek, udania się na chwilkę wytchnienia (SEKSU) czy obietnic spędzenia życia razem, niż gdziekolwiek indziej. Ja na szczęście za chwilę wyląduję z jednym Hiszpanem przed ołtarzem, więc misja się udała, ale ostrzegam, znam mnóstwo historii, które nie kończą się ślubem, a rozczarowaniem, płaczem i różnymi innymi przykrościami.

Na drzewo z tymi, co podchodzą do Ciebie bezpośrednio na ulicy i pytają o numer telefonu. Albo widząc blond włosy i niebieskie oczy podchodzą i nieudolnym angielskim dopytują się skąd jesteś (zdarzyło mi się tak, kiedyś w metrze gdy stałam spokojnie na schodach ruchomych podszedł do mnie koleś i spytał właśnie skąd jestem – po angielsku. Ja już pracowałam jako tłumaczka, więc mówiłam świetnie po hiszpańsku. Nie pamiętam co  mu powiedziałam, ale zdziwił się gdy mnie usłyszał, jakoś go spławiłam) – na drzewo. Na drzewo tym, co na dyskotece obiecują Ci, że jutro zabiorą Cię nie wiadomo gdzie i spędzą z Tobą calutkie życie, ale dzisiaj i tylko dzisiaj proszą Cię, żebyś zgodziła się na seks bez prezerwatywy, bo oni wiedzą jak to zrobić. Na drzewo można najprościej wyrazić po hiszpańsku za pomocą słowa: NO.

No dobra, teraz już się wyżyłam. Po prostu trzeba mieć trochę zdrowego rozsądku i mieć na uwadze, że Hiszpan lepiej pamięta to, co dostawał w przedszkolu na podwieczorek, niż to, co Ci powiedział ostatniej nocy.

Nie wiem czy to się odnosi tylko do Hiszpanów, pewnie nie, ale czuję się w obowiązku przekazać moje przemyślenia. Oprócz takich typków jest tu wielu fantastycznych mężczyzn, którym naprawdę można zaufać i którzy są dobrymi ludźmi (żeby mi ktoś tutaj nie zarzucił, że tak narzekam, bom zgorzkniała czy coś). Zdrowy rozsądek.

#7 Kasowanie biletów

[żeby nie narazić się na wstyd społeczny]

Pamiętam czasy, że to było takie super przeskoczyć przez bramkę w metrze w Warszawie, takie wow. Ja sama pewnie wtedy nawet jeszcze do przeskoczenia tej bramki nie urosłam, ale wspomnienie pozostało.

W Warszawie (jak i chyba w całej Polsce? Poprawcie mnie, jeśli się mylę) jeśli ktoś ma bilet miesięczny, to wchodząc do autobusu nie  musi go kasować (przykładać – nie musi nic z nim robić).

W Hiszpanii, we wszystkich miastach, w których jechałam autobusem czy tramwajem, taki bilet należy wyciągnąć i zrobić nim PIIP na czytniku biletowym. Jeśli ktoś wejdzie do tramwaju w takiej Saragossie, a nie pipnął biletem, to naraża się na podejrzliwość współpasażerów. Nie wspomnę już nawet o tym, że zgodnie z regulaminem przewozu ma obowiązek pipnąć swój bilet. Tak samo w metrze. W Madrycie czy Barcelonie nie widziałam ani razu, żeby ktoś skakał przez bramki. Jak ktoś nie ma na bilet, idzie pieszo. Do autobusu wchodzi się pierwszymi drzwiami i pan kierowca osobiście nadzoruje uczciwość pasażerów robiących piiip.

czy-w-hiszpanii-trzeba-kasowac-bilety-metro

Może to oczywista oczywistość, ale w Hiszpanii podchodzi się do tej sprawy naprawdę na poważnie. Mnie to cieszy – dzięki temu, że każdy użytkownik zapłaci za swój przejazd, instalacje i udogodnienia będą lepsze. Same plusy.

Widziałam kilka razy kontrolę biletów w tramwaju w Saragossie: pan w garniturze firmy tramwajowej, podchodzący do każdego pasażera i pytający o bilet. Od razu widać, że kanar – nie muszą się ukrywać jak w Polsce i nagle wyciągać identyfikatora, bo i tak każdy ma bilet.

 

Przychodzą Wam do głowy jeszcze jakieś „niebezpieczeństwa” czy inne sprawy godne uwagi, które mogą czyhać na turystów lub Erasmusów w Hiszpanii?