Człowiek uczy się na błędach, na szczęście nie tylko swoich, dlatego dzisiaj cofam się pamięcią do roku, w którym było mi dane po raz pierwszy stąpnąć na hiszpańskiej ziemi, po raz pierwszy spróbować jak smakuje sangría oraz przekonać się jak to jest być studentką hiszpańskiego uniwersytetu. Nie powiem który to był rok, bo pomyślicie, że jestem dinozaurem, ale podzielę się z Wami błędami (na szczęście nie wszystkie popełniłam), których stanowczo nie można popełnić przed i podczas pobytu na Erasmusie!

Jakie błędy zaobserwowałam podczas mojej wymiany studenckiej w Saragossie? Na przykład wyjazd…

NA LETNIAKA – przecież w Hiszpanii zawsze jest gorąco!

O ile nie będziesz studiował w Huelvie (południowy koniuszek Hiszpanii, tuż przy granicy z Portugalią), to radzę skonsultować warunki pogodowe, roczne opady, ilość słonecznych dni i średnie miesięczne temperatury w mieście, gdzie masz zamiar studiować. Ja tego nie zrobiłam.

Taka sytuacja: moja 32 kilogramowa walizka była wypełniona letnimi fatałaszkami, podczas gdy już trzeciego dnia w Saragossie doznałam chłodu i wiatru (o którym wcześniej nie wiedziałam – bo przecież myślałam, że będzie ciepło!!).

Skutek: musiałam dokupić sobie kilka swetrów, ale niestety zanim to zrobiłam to zachorowałam na zapalenie płuc.

Wniosek: nie popełniaj tego błędu. Sprawdź średnie temperatury i opady, a uchronisz się przed zbędnymi wydatkami i chorobami!

cadiz hiszpania

Kadyks z lotu ptaka zimą – w grudniu jest tu od 9 do 19 stopni

NA BIEDAKA – przyjazd bez wystarczającej ilości pieniędzy. Bo w Hiszpanii znajdę sobie coś dorywczego.

Na szczęście nie byłam tego przykładem w erasmusowej społeczności, ale widziałam i takie osoby. Z niedużym stypendium lub ze stypendium wypłacanym PO wymianie studenckiej – osoby te przyleciały do Hiszpanii z wizją, że dorobią sobie gdzieś tych kilkadziesiąt euro tygodniowo. A wcale nie jest tak łatwo znaleźć pracę.

Taka sytuacja: tuż po znalezieniu mieszkania, opłaceniu kaucji (ach! to jeszcze kaucja, zapomniałem!) i pierwszego miesiąca wynajmu osoby te musiały rzucić się na poszukiwanie pracy. Jakiejkolwiek i gdziekolwiek.

Skutek: moim zdaniem opłakany. Jeśli nie masz pieniędzy, to się stresujesz. Jeśli się stresujesz, to ani nie możesz się dobrze bawić, ani uczyć języka, ani podróżować, ani nawet zrelaksować… Zamiast w piątek i w sobotę wieczorem iść na imprezę żeby potańczyć (oprócz tego, że imprezujesz także we wtorek, środę i czwartek), to idziesz do baru, ale po to, aby nalewać piwa i dogadywać się z nietrzeźwymi ludźmi różnych narodowości ile chcą tych piw (jeśli masz to szczęście i ktoś Cię zatrudnił), a nad ranem musisz zmyć podłogę w łazience, przez którą przeszło tysiąc pięćset sto dziewięćset osób (i nie powiem co tam zrobili). Niefajnie. Lepiej przyjechać z oszczędnościami, z odebranym z góry stypendium lub upewnić się, że rodzice znają numer Twojego konta i z tęsknoty co miesiąc zrobią ten przelew.

nocne życie w Hiszpanii

Nocne życie w Hiszpanii jest bogate. Ale co innego uczestniczyć w nim bawiąc się, a co innego pracując! Na zdjęciu: tłumy na ulicach pewnej sobotniej nocy w Saragossie.

NA NIPANIMAJU – ee tam, znam angielski, to się dogadam, hiszpańskiego nie muszę znać.

No cóż, jak by to powiedzieć.. Hiszpanie nie są narodowością, która najlepiej na świecie opanowuje języki obce. Owszem, jest kilka osób, które lubią uczyć się języków i które dobrze się czują podczas ich używania, ale…

Taka sytuacja: uwierz mi, że spora część hiszpańskiej populacji na pytanie „Do you speak English?” odpowie Ci „Un poco”.

Skutek: słyszałam o wielu przypadkach, że Erasmusi mieli obiecane wykłady po angielsku, ale potem okazało się, że grupa się nie utworzyła, anglojęzyczny nauczyciel zmienił zdanie, rozchorował się, cokolwiek, no i proszę, zapraszamy na zajęcia po hiszpańsku!

Wniosek: hiszpański jest jednym z łatwiejszych języków do nauki dla Polaków, zachęcam do zgłębienia chociaż podstaw, a jeśli znasz już podstawy, to do zgłębienia czegoś więcej – na pewno w przyszłości trud się opłaci.

 

NA ANTYKOMPUTEROWIAKA – bez konta na Facebooku, bez smartfona…

Taka sytuacja i skutek: no nieee… Ostrzegam: jeśli nie masz jeszcze konta na Facebooku, ominą Cię wiadomości o wszelkich wydarzeniach, wycieczkach, skandalach, imprezach, a nawet nie będziesz mógł dołączyć do grupy studentów z przedmiotu X, którzy razem muszą zrobić projekt. Nikt już teraz nie „telefonuje”. A jeśli jeszcze mi powiesz, że nie masz WhatsAppa, to już w ogóle odradzę Ci przyjazd do Hiszpanii – tutaj życie toczy się na Whatsappie, pomiędzy grupami na Facebooku i plotkując pod zamieszczonymi zdjęciami.

Wniosek: biegusiem zakładać Facebooka, kupować smartfona i instalować Whatsappa. Ty nie musisz nic publikować, wystarczy mieć konto. Nawet na nieprawdziwe nazwisko, nic nie szkodzi. Na Facebooku wiele osób znalazło też mieszkanie czy pokój do wynajęcia – każdego roku tworzą się grupy typu Wynajem mieszkań – nazwa miasta, czy też Erasmus 2016 – nazwa miasta. Warto do nich dołączyć, odsiać spam wszelkich firm próbujących wcisnąć nam studenckie karty kredytowe, a skorzystać z bogactwa internetu i sieci społecznościowych!

 

NA DOMOWNIKA – no travel no fun.

Taka sytuacja: ja podczas mojego Erasmusa podróżowałam całkiem sporo, na tyle, na ile pozwalała mi na to studencka kieszeń. Polecam podróże, czy to na własną rękę (a można je zorganizować na przykład na podstawie TEGO wpisu i opisanych w nim sposobów na przemierzanie hiszpańskich dróg), czy też te autokarowe, organizowane przez różnego rodzaju organizacje studenckie (ESN na przykład, wiem że całkiem aktywnie działają w Hiszpanii).

Skutek: kosztuje pieniądze? Tak. Opłaca się? No pewnie! Nie chcę Cię zniechęcać, ale wcale nie jest tak bardzo prawdopodobne, że będziesz mógł jeszcze kiedykolwiek w przyszłości zamieszkać sobie na pół roku czy rok w innym kraju, bez konieczności chodzenia do pracy, ot tak sobie, z paczką dobrych znajomych (znajomości na Erasmusie pogłębiają się o wiele szybciej niż w „normalnym” życiu, uwierz!), ucząc się języka i ciesząc się jak nigdy z każdego kolejnego dnia. Dlatego.. ja nie wahałam się pomiędzy opcją „nieobecność na zajęciach” czy „wycieczka do Sewilli”. Proste! Do Sewilli nie wróciłam do dzisiaj, nawet mieszkając w Hiszpanii, a uczelnianych zajęć czy (podobnych) nudnych zajęć w pracy miałam od groma 😉

To samo ze zwiedzaniem miasta, w którym mieszkasz podczas wymiany.

Wniosek: myślenie „jeszcze zdążę wszystko pozwiedzać, nie ma co się spieszyć” zawiodło także i mnie – z Erasmusa wyjechałam praktycznie bez zobaczenia/wejścia do połowy znanych w Saragossie miejsc! Ja miałam co prawda to szczęście, że wróciłam do Hiszpanii, więc szybko nadrobiłam wszystkie zaległości. Ale warto o tym pamiętać! Najlepiej zebrać się grupką Erasmusów i pójść razem 🙂

katedra sewilla

Katedra w Sewilli. Wcale nie żałuję tych dwóch dni wykładów na uni, które straciłam!

NA  POLAKA – i tylko z Polakami.

Taka sytuacja: moim zdaniem wyjazd za granicę to nie tylko sztuka kupienia biletu na tramwaj czy nawet wynajęcia sobie mieszkania w innym mieście, chodzenie na zakupy do hiszpańskiego warzywniaka, ale także sztuka dzielenia z kimś życia – mówię tu o współlokatorach i o osobach, z którymi spędzamy czas.. hm, wieczorami. Na przykład w barach czy dyskotekach.

Nauka języka jest najskuteczniejsza, gdy używamy go jak najwięcej – wyklucza to polskich współlokatorów. Jeśli masz jakieś obawy co do „samotnego” wyjazdu, a wiesz, że z Twojej polskiej uczelni jedzie na wymianę inna osoba, to skontaktujcie się, pogadajcie, podzielcie się zdobytymi informacjami, ale nie umawiajcie się na wspólne mieszkanie! To, moim zdaniem, pierwszy krok do rozmawiania przez większość czasu po polsku, podczas gdy możecie zastosować inne rozwiązanie: wynająć mieszkania blisko siebie. Na pewno będzie to możliwe. Zobaczysz, jeszcze mi podziękujesz za taką sugestię!

Skutek: na Erasmusie jest wystarczająco czasu, aby pójść na kawę z koleżanką Polką, wybrać się na shopping czy zaprosić ją na wspólne przygotowanie taniego studenckiego obiadu, nie trzeba mieszkać razem, aby się dobrze poznać i dobrze bawić. Podczas wyjść z innymi osobami z różnych krajów będziecie zmuszeni do rozmowy w jakimś innym języku, co bardzo polecam. Ja od razu pakowałam się w hiszpańskojęzyczne towarzystwo (nawet nie angielskie), bo wiedziałam, że muszę i chcę dobrze nauczyć się hiszpańskiego. Śmiałam się w duchu, gdy po trzech miesiącach wymiany ktoś mi mówił (i to niekoniecznie Polacy) „Ojej, ale świetnie mówisz po hiszpańsku”. Pewnie! Jak mam nie mówić świetnie, skoro mieszkam z Hiszpanami, spotykam się ze znajomymi, z którymi mówię tylko po hiszpańsku, wszystkiego muszę się nauczyć. Jak się mówi powiesić pranie? A twarożek jak się nazywa po hiszpańsku? Czy to w ogóle istnieje w tym kraju? Raczej nienormalna by była sytuacja, w której nie nauczyłabym się języka w takich warunkach. Za wszelką cenę nie chciałam wrócić z Erasmusa i musieć zapisać się na kolejny kurs hiszpańskiego. A jeśli już, to tylko doskonalący.

Wniosek: co straciłam? Straciłam możliwość nawiązania lepszych relacji z Polakami, którzy stworzyli dość zgraną paczkę. Moje towarzystwo było prawie całkowicie z innych krajów, na kawę i ploteczki umawiałam się praktycznie tylko z jedną Polką, z innymi widziałam się na uniwersytecie, ale też nie jakoś w ramach przyjaciół. Trudno. Coś za coś. Już teraz za dużo lat minęło, żeby się nad tym zastanawiać i rozpaczać 😉 a świetna znajomość hiszpańskiego pozostała!

NA INTELEKTUALISTĘ – wybierając najtrudniejsze przedmioty.

Taka sytuacja: ja przed wyjazdem dobrze się doinformowałam: trzeba zapisać się na taki przedmiot, z którego dają zaliczenie za obecność lub za jakąś krótką pracę zaliczeniową. Nic ambitnego. Nie czułam się z tym zbyt dobrze, miałam nawet takie romantyczno-edukacyjne wyobrażenie: ja, siedząca w styczniu (czas sesji) w uniwersyteckiej bibliotece w Saragossie do późnej nocy, nie kuję, a czytam i rozumiem wszystko co jest napisane w mojej książce do prawa wyznaniowego (swoją drogą – bardzo ciekawa materia, szczególnie w obliczu ostatnich kontrowersji związanych z islamem w Europie, burkini i te sprawy – bardzo interesujący przedmiot na pograniczu prawa, etyki, religii, dla wierzących i niewierzących! A także, tak sobie myślę, w obliczu szerokiej obecności kościoła katolickiego w polskiej rzeczywistości, polityce i jego wpływie na tworzone prawo), potem wracam do domu, piję kakao, rano wstaję, idę na egzamin, zdaję go jako najlepsza w klasie, o czym dowiaduję się kilka dni później, bo moje nazwisko jest wypisane jako pierwsze na liście, otrzymuję gratulacje od profesora, od rektora…

Skutek: zapisałam się na jeden przedmiot, z którego dostałam na koniec 10 (czyli najwyższą ocenę) za samą obecność i na 1 semestr włoskiego (wiedziałam, że nie sprawi mi jakichś większych problemów, a poza tym lubię języki obce). Czyli 2 przedmioty z 5 zaliczone prawie na wejściu! Plus to prawo wyznaniowe, prawo cywilne (liczyłam, że zaliczę sobie część rodzinną do Polski), jakaś jeszcze filozofia prawa…

Wniosek: Moje romantyczne wizje pozostały jedynie wizjami. Oblałam wyznaniowe i cywilne (bez możliwości poprawki). Polecam przedmioty zaliczane za obecność, prezentacje lub np. języki. Podczas sesji będziecie mi wdzięczni.

Czy zgadzasz się z moimi przemyśleniami? Coś byś dodał? A może dopiero wybierasz się na Erasmusa i masz jakieś pytania? Czekam!